login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

1998-03-07 Sfinks: Botchit & Scarper

Przede mną leży flyers z tej nocki i nie mogę się nadziwić, że taka imprezka się udała i to jak! Sfinks jest ostoją house'u i pochodnych - 125 b.p.m. to wibracje, jakie wyznaczają egzystencję tego klubu. A tu nagle d'n'b event i to zrobiony na bardzo przyzwoitym poziomie (czyt. najlepsza połamana impreza w historii 3miasta). Głownymi gośćmi byli dj-e i projekty z wytwórni Emotif/Botchit&Scarper z Londynu: Freq Nasty (taaaaaakie dredy), Elementz of Noise i dj Tonic i jeszcze na dokładkę mc Magica - koleś o bardzo fajnej barwie głosu. Całość to oczywiście fragment trasy promocyjnej - chyba kojarzycie płytkę z machiny? Kurwa, komu pożyczyłem swój egzemplarz :-((? Poleciało z niej parę kawałków. Aż żal, że jednym z gości nie był mc Det. Na początku przesiedzieliśmy 3 godziny w chill-out nie mogąc wyjść z podziwu nad setem Drwala. To było wspaniałe połączenie wyczucia materiału i perfekcyjnej wręcz techniki. W moim rankingu jest już właściwie na szczycie (Drwal to nie jest żadne wazeliniarstwo, po prostu byłeś tej nocy zajebisty, a te palanty, które głosowały w bleee dj's club się nie znają). W każdym bądź razie posiedzieliśmy i posłuchaliśmy, a całość umilił wyjątkowo kręcący koleś, który skakał po fontannie; cud, że do niej nie wpadł. Po Drwalu w chill-out pojawił się Afro i zaczął grać jakieś takie trochę dołujące house'y - aż się zdziwiłem, że coś takiego jest możliwe (tzn. lepsze słowo to melancholijne). No, ale to przecież jump przede wszystkim bassowy, więc udaliśmy się na główny parkiet. Właśnie przygrywał projekt o wdzięcznej nazwie Freq Nasty (czy teraz wszyscy muszą się nosić jak rastafarianie?, a może to kompleks Winka:-)). Zewsząd atakowała ściana basów, która na częstotliwościach bliskich podprogowym usiłowała wyssać resztki tlenu z płuc. Ludki (poza kilkoma) nie bardzo wiedziały co robić i większość uskuteczniała jakieś nerwowe manewry usiłując bawić się jak do 125-tek. Jednak przy połamanym rytmie nie bardzo im to wychodziło. A ja, cóż, ze swoją muzą lewarzyłem ile tylko się dało:-))). Następny był Elementz of Noise, który jednak puszczał jakoś tak krótko (potem zdaje się pograł jeszcze) i pojawił się dj Tonic. No ten facet to dopiero dokręcił śrubę. Nie wiedziałem już co mi szybciej wysiądzie: kończyny czy serce. Mordercze tempo bez żadnego odpuszczania połączone z niezłą techniką. Zresztą w ogóle ciężko było mi się przyczepić do umiejętności Anglików, ale to chyba dobrze :-). Pobawiłem się tak do drugiej i niestety nasze organizmy nie wytrzymały. Pokręciłem się trochę, by ostatecznie o 3 usiąść sobie w kąciku z moim natchnieniem i przytulony odczuwać wibracje dochodzące z parkietu na balkon - zajebiste uczucie, kiedy czujesz przy sobie drugą osobę i razem wpadacie w drgania. Ach, było super z wielu względów. W sam raz ludzi, bez tłoku, doskonała atmosfera (choć mimo buńczucznych zapewnień drukowanych już od jakiegoś czasu przez organizatorów było parę dresiarzy i jeden nawet z gwizdkiem :-)) i muza - tego mi było trzeba... Czyżbym znowu miał się konkretniej przerzucić na d'n'b i zrezygnować na chwilę z moich ukochanych gulasz-garaży jak mawia Arek? Nie, chyba nie. Taka impreza raczej się długo nie powtórzy. Zresztą Gdańsk, mimo zabiegów Drwala, nie jest raczej mekką łamańców. To było szczególnie widać, kiedy z głównego parkietu po północy ludzie zaczęli odpływać w stronę chill-out, gdzie do rana grano house - a tam, ich sprawa, nawet nie jest mi specjalnie żal :-)).
Props: organizatorzy (wszystko im wyszło), Drwal (set), Angole (całokształt), Karolina (za wszystko i jeszcze trochę).
Slops: choroba (załatwiła IC-e'a i nie mógł biedny przyjść), ludki, które nie chciały opuścić balkonu nad ranem (no, żeby sam na sam...)

Michael

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team