login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2000-07-15 Sfinks: Afrodisiac Party

Wyposażony w dwa trójkątne koła do mojego luksusowego samochodu japońsiej marki wybrałem się do Sopotu by pokazać mojemu bratu jak się bawią techniczni ludzie w trójmiejście. Wiadomo że do tego celu najbardziej nadaje się Sfinks. Nim jednak tam dotarliśmy zwiedziliśmy kilka kultowych miejsc nierozerwalnie związanych z sopockimi imprezami oraz klub 'ENZYM' 54 w którym odbywała się imprezka z motywem przewodnim 'disco funky seventies'. Imprezka była calkiem ponoć udana (nie stweirdziłem tego osobiście z powodów zalegania w innym klubie). Mi wystarczył tylko rzut oka na parkiet by stwierdzić że ludków jest całkiem przyjemna ilość, a balony które zalegały na parkiecie zostały skutecznie wykończone przez bawiących się. Bezpośrednio po wejściu do 'lwa o ludzkiej twarzy' znalazłem się w fontain room, gdzie zaleglem na kanapie wsłuchując się ryk odpalanego silnika mojego pojazdu przy wtórze ciężkich, niskich basów wydobywających się bezpośrednio z głośników i pośrednio z igły toczącej się po czarnych krążkach podpisanych mianem drum'n'basów. Były bardzo przyjemne, co objawiło się dużą ilością ludków na każdym skrawku powierzni dostępnej w tym pomieszczeniu. Po pewnym czasie rozpoczołem sam podrygiwać do tych dźwięków, niestety z nieprzyjemnym odczuwaniem tłoku i braku miejsca do wyżycia się. Dlatego też udałem się do sali głównej, gdzie uskuteczniała się pani Eva Gardner. Zapodała ona w 4 godzinnym secie głównie chicagowski house, który akurat niezbyt pasował mi tego wieczoru. Do tego bardzo często i mocno zmieniała tempo z deep housów na bardzo energetyczne 130 bpm'owe kawałki i spowrotem w te pierwsze. Niewiem jak u innych ludków, ale mnie się to zbytnio nie podobało bo w momentach kiedy zaczynałem się rozkrecać i skakać coraz bardziej energicznie francuska zmieniała tempo na wolniejsze, co powodowało moją irytacje. Stąd moje wycieczki między salą główna a fontanną, by raz w jednym, raz w drugim miejscu wyżywać się do skocznej 'domowej' muzy. Trzeba przyznać że sala z fontanną z imprezy na imprezę staje się coraz bardziej popularna, wręcz niektórzy przychodzą do Sfinksa tylko do tego miejsca, gdzie zawsze, niezależnie od imprezy, można nadziać się ze 100% pewnością na housy zapodane przez rezydentów. Może trzeba by było powiększyć salę i nadać jej miano drugiego parkietu, a nie chill-outu? Ze ściem organizatorkich muszę zaznaczyć jedną. Otóż ni jak nie udało mi się namierzyć miejsca gdzie jak głosiły ulotki 'Dla pięknych i chętnych Studio Line fryzury gratis'. A tak chciałem, żeby zrobili coś z moimi 0,5cm włosami :) Pod koniec wieczoru na stery w sali głównej wszedł jakiś pan (nie powiem Wam kto, bo nie wiem) i zapodał transujące kawałki w dość szybkich aranżacjach. W tym czasie na fontannie działy się przedziwne rzeczy, m.in. kilka osób (zresztą jak co imprezę) wykompało się w niezbyt czystej jusz wodzie, a klika inych dobrowolnie znalazło się w środku sali by popluskać się w wodzie (niektórzy próbowali wyprać swoje buty :)) Oczywiście do mniej lub bardziej przyjemnych, ale house'owych kawałków. Dom zdrojowy opuściłem wraz z usatysfakcjonowanym bratem o 06:00 by udać się na zasłużony wypoczynek. Jak stwierdził brat: 'Wy to macie fajnie, takie impry, taki klub...'.
Props: Brat, znajomi, znajome ... jak miło mieć Was tak dużo pod ręką :)
Slops: troszkę za mała szybkość poruszania się mojego pojazdu.
Werdykt: na dwóch kołach jeździ się wygodniej :) ciekawe jak na czterech :P

Chłodny

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team