login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2000-09-30 Sfinks: Żółty Jeronimo

Dnia onego, a była to sobota, udałem się wraz Michaelem do Sopotu, aby po prawie miesiecznej przerwie działalności Sfinksa zostać oczyszczony przez święte wody fontanny :). Dla mnie dodatkową motywacją do zabawy była miesięczna abstynencja w imprezowaniu. Jak się szybko okazało, nasz dwuosobowy skład imprezowy został szybko uzupełniony o całe stado znajomych, których się nie spodziewaliśmy. Onego dnia Sfinks obfitował w stałych bywalców tej świątyni jak i wiele, wiele nowych twarzy (z których mam nadzieję przynajmniej część pojawiać będzie się regularnie :) ). Trzeba przyznać, że nasz egipski przyjaciel, doznał istnego szturmu zgłodniałych zabawy imprezowiczów, zupełnie jak w wakacje. Tak więc jeszcze przed wejściem wiedzieliśmy, iż będzie nam dane bawić się w ścisku, będąc nieustannie atakowanym przez tańczące lub przechodzące osoby. (tak chamskiego zachowania się uczestników jeszcze nie zaznaliśmy w tym klubie i jest to najpoważniejszy mankament tego party). Z ciekawością obserwowałem, jak będzie realizowane hasło z ulotek: "dla tych, którzy potrafią bawić się bez środków toksycznych i nie noszą dresów". Jakto z dobrymi chęciami i dumnymi hasłami bywa, nikt nie przejmował się nimi i każdy używał to, co chciał (no może z jednej osoby nie wpuścili, ale to był ewidentny przypadek, gdyż ta pani nie potrafiła sama utrzymać się na nogach! :) ). No i znowu można było zaobserwować tłumek naspidowanych kolesi i napigulonych panienek, którzy uskuteczniali się na parkiecie nie zważając na tłok, kuksańce, duchote, brak tlenu i wiele innych niedogodności. Jedyny defekt związany z hasłem to biegające ludki z pytaniem "eee.. sorry chłopaki, nie znacie tu jakiegoś dealera ?". No więc po przywitaniu się ze znajomymi, wykonaniu kilku niezbędnych czynności, przeciśnięciu się przez szturmujący bramkę tłum, znalazłem się we wnętrzu Sfinksa. A tam na dzień dobry jeden z DJ'i zapuszczał bardzo skoczne house'y, wymieszane z szybkimi, bądź nie, garagami. Oczywiście co drugi kawałek to mniejszy bądź większy hicior, ale w tak przyjemnym zestawieniu nie można było się obrazić na DJ'a, a nawet należało zacząć podrygiwać, co zresztą czyniła przeogromna rzesza partypeople, nie wyłączając mnie :). W okolicach 00:20 za stery zasiadła, a raczej stanęła, gwiazda wieczoru DJ Jerome z francuskiej wytwórni Yellow. Jak głosiła ulotka nasz Jeronimo miał zapuszczać "stare hity DISCO w połączeniu z puertorykańskimi house'ami i niespodziankami" i wykonał to z małą różnicą, iż zamiast "puertorykańskich house'ów" (co to jest za gatunek ?) usłyszałem dźwięki włóżone w worek z napisem latin house. Ogólnie były to house'y grane na 125bpm, transujące, z wyraźnym bitem, ale raczej dość monotonne. Co pewien czas gwiazda puszczała nieco żywsze płyty, co było bardzo chętnie i żywo odbierane przez ludków. Gdzieś w okolicach 01:00 znalazłem się na fontannie, na której DJ o nieznanej mi facyjacie zapuszczał najlepszy tego wieczoru set. Ale nie, nie, nie był to set house'owy jak możnaby się spodziewać, a drum'n'bassowy i to tak świetny, że conajmniej 2 godziny skakałem jak szalony udowadniając co chwilę samemu sobie, że jeszcze mogę wykrzesać odrobinke wysiłku, bowiem co numer, to był on lepszy. Takie dźwięki nie spotkały się z zainteresowaniem imprezowiczów, co było dla mnie szczęśliwe :), i wyjątkowo jak na tą godzinę można było znaleźć sporo miejsca, na którym można się uskuteczniać. Bywały momenty większego ścisku, lecz nowe osoby szybko stwierdzały, że a) to nie jest muzyka do której można się bawić, b) wymiękali niewytrzymując tempa. Dodam tylko, iż set był zbiorem perełek tego gatunku i można było m.in. usłyszeć Goldiego, EZ Rollers, Ronie Size. Jakoś tak się stało, że ponownie znalazłem się na Main Hall, gdzie gwiazda kończyła pomału swój set. I tak podrygując sobie nagle nastała cisza, a po chwili wszyscy usłyszeli gwiazdę rock'n'rolla Elvisa w wykonaniu nieco bardziej swingującym, niż rock'n'rollowym. Heh ... trzeba było widzieć miny ludków, którzy oczekiwani jakiegoś remiksu, nadaremnie próbowali znaleźć w utworze wyraźnego, głośnego bitu. A tu nic. Po prostu oryginalna wersja, jeszcze fajnie do tego trzeszcząca. Po pierwszym oszołomieniu przyszła radość z jakże oryginalnego pomysłu i coniektórzy zaczęli się dobrze do niego bawić. Kawalek się skończył, a DJ powrócił do kontynuacji setu. Dodam, że taką wstwkę (inny numer Elvisa) można było usłyszeć w okolicach 05:30. O 04:00 DJ Jerome skończył set (technicznie dobry, plusy za oryginalność, powiedzmy, że 4 w szkolnej skali) i za stery wlazła kolejna osoba z listy grających (i znowu nie wiem kto to był, szkoda, że już nie wieszają kto i kiedy gra :( ). Można powiedzieć, że nowy DJ kontynuwał set poprzednika Jerome. Tak wiec nasze uszy i ciała zostały uraczone kolejną serią znanych i lubianych wykonawców house i UK garage, dodając do tej formuły własne 3 grosze zapuszczając np. AVH - 'whiche doctor'. W międzyczasie skontrolowałem sytuację na fontannie, a tam już powrócono do standardu tego pomieszczenia i ludkowie skakali w sporej ilości. Opuszczając ten przybytek rozrywki (czasem i rozpusty ;) ) w okolicach 06:30 stan liczebny sali głównej wskazywał, iż nieprędko się impreza zakończy (z regóły mniejwięcej tyle osób zostawało w wakacje o tej godzinie), a Dj dawał odpocząć ludkom zapuszczając raczej spokojniejszą muzę. Wyszedłem zadowolony i wyżyty, a może bardziej zużyty...
Werdykt: 100, 200, 300 KM/H - a kto by patrzył na prędkościomierz?

Chłodny

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team