login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2000-11-11 Lokomotywa: Drugie urodziny Radiostacji

Uff .. nareszcie dotarłem do domu. Wreszcie będę mógł wziąć prysznic i położyć się spać. To była naprawdę wspaniała impreza. Może opowiem od początku...

Dj Krust to rzeźnikSobota godzina 14:00. Kasy biletowe w Sopocie. Spotykam Marchewę i Mackintosha. Szybki zakup biletów i trafiamy na peron. Za 20 minut odjeża expres do Warszawy. Rozmowy w toku ;)
Ten sam dzień nieco później. Siedzimy w pustym przedziale, oglądamy zdjęcia, zaznajamiam się z rodziną Radiostacji i clubbingu warszawskiego. Większość osob widzę pierwszy raz. Czekam z niecierpliwością aby ich poznać.
Warszawa Wschodnia godzina 18:00.
Dowiaduję się, że mam w klubie zarezerwowany bilet do Lokomotywy. Szybki telefon do odpowiedniej osoby aby dodać rezerwację dla Marchewy.
Warszawa Centralna godzina 18:30. Po wyjściu z pociągu udajemy się na spotkanie kilku osób z Radiostacji. Zamiast nich spotykamy ekipę z Wrocławia. Pod przewodnictwem Moniki(?) próbujemy trafić pod parowóz, lecz jak się okazuje nikt nie wie gdzie to jest. Po przedstawieniu wszystkich plotek i wskazówek dotarcia na miejsce wybieramy wersję kompromisową i 20 osób trafiamy do autobusu, by wysiąść 3 przystanki dalej. Nasze żołądki zaczęły twierdzić, że coś im brakuje :(.
Klub Lokomotywa, ulica kolejowa, 30 minut później.
Kolejka składająca się z 400 osób oczekuje na pojawienie się w kasie biletów, które zostały specjalnie dodrukowane, bowiem w empikach skończyły się już w czwartek. Szybki telefon do zaufanej osoby w środku by dowiedzieć się, że są marne możliwości przekazania nam biletów z powodu bramki, która nie chciała wypuścić naszego zaopatrzenia. Wbijamy się poprzez tłum na siłę, by po kolejnych minutach wśród ścisku i hałasu znaleźć się tuż przy bramce. Przekazanie biletów następuję ponad barierkami. Jesteśmy zmuszeni wejść do klubu, aby rozliczyć się z pieniędzy. Nie ma możliwości wyjścia, bramka wydaje się nieugięta. Szatnia, wykrywacz metalu i jesteśmy w środku.
Wnętrze klubu nie różni się zbytnio od zewnętrznych ścian. Stara parowozownia, lekko podremontowana, gołe ściany, metalowe sklepienie dobre kilkanaście metrów nad nami, barierki, balkony, dźwig ... wszystko co w takim hangarze by się znalazlo. Na prawo parkiet na jakieś 1,5 tys. ludków. Na samym końcu korytarza DJ'ka. Na lewo widać scianę, która rozdziela pomieszczenie na 2 części, lecz w miejscu gdzie powinna dotykać przeciwnej ściany znajdujemy bar w kształcie podkowy. Wbiegamy po 10 stopniach na podwyższenie będącego częścią pierwszego pomieszczenia skąd mamy niezły widok na cały klub. Nad salą główną rozwieszono płachty materiału, na które są rzutowane obrazy. Nad podwyższeniem telebim wyświetlający jakis strasznie wykwaszony film animowany. Narazie wszędzie cisza, kilka osób które tak jak my weszły od razu kręci się po klubie i rozgląda. Niekórzy już obstawiają bar. Mijamy go by dotrzeć do kolejnych schodów, tym razem metalowych prowadzących do sprytnie umieszczonego chillout-u. Niestety do 20:00 nieczynne, chociaż nam udaje się wbić. W pomieszczeniu siedzą radiowcy i technicy + kilku hiphopowców, którzy mają tego dnia zagrać. Chwilę poźniej oglądamy resztę klubu, czyli małą salę (najfajniejsze miejsce w klubie), która wielkością dorównuje 2 sfinksom. Żołądki naprawdę wyją z głodu, wcześniejszy posiłek był rano :( Gdy paczka 'scittles' się skończyła wpadamy na pomysł wypicia piwa na zabicie głodu. W barze piwa brak. Jest tylko jakis 3% napój piwno-cytrynowy w puszce za 8 zeta. Nie nie, dziękujemy. Umilamy sobie czas oczekiwania na muzykę (od 21.30) rozmowami ze znajomymi, których właśnie poznawałem osobiście jak i z nieznajomymi. Na pewien czas stajemy się bramkarzami i pilnujemy wejścia do chilloutu.
Kolejna próba wyjścia z klubu. Tym razem przez zaplecze. Przychodzi szef ochrony i nas wyrzuca stamtąd. Szybki telefon do znajomego DJ'a i 4 kanapki z jakiejś stacji benzynowej czekają na nasze gęby. Jest nieco lepiej. Pokrzepieni tą nadzieją obchodzimy klub do okoła. Znacznie więcej ludzi. Bramka atakowana przez stado ludków. Obawiamy się licznej ekipy dresiarzy, która w tym klubie raczej stanowi większość. Siedzimy w chilloucie, który po otwarciu stał się bardzo obleganym miejscem. Z głośników lecą drum'n'bassy, kilka osób tańczy, czasem i my. Muzę puszcza ktoś z Radiostacji. Rozglądamy się, obok nas stoi 5 dziewczynek. Marchewa wygłasza głośno opinię o ich wieku. Zgadzam się z nią chociaż bardzo poruszyła dziewczynki; patrzą na nas z wyrazem pogardy i obrazy. Mamy niezły ubaw. :)
Plac Waryński, godzina 20:50.
Jesteśmy na zewnątrz. Wyszliśmy przez zaplecze wyprowadzeni przez znajomą ('Kasia Ble'). Szamiemy jakieś mięso, co przed niami nie uciekało, na mieście. Wracamy o 21.30, na szczęście bramkarz od zaplecza nas pamięta i nie robi kłopotu. Udało się. Jesteśmy w środku. Muza gra, na małej sali DJ Ros zapuszcza drumsy, na głównej sali ktoś puszcza house'y. Na chilloucie drum'n'basy, ale jest ciasno. Zostajemy na Rosie. Skaczemy, osób jest całkiem przyjemna ilość, miejsca nie brak. Pojawia się Bert z kuferkiem DJskim chwilowo przerobionym na przechowalnię żywności. Szamiemy po kanapce, która okazuję się całkiem okazałą bułka (może połowa paryskiej) z mięchem i majonezem. Hmmm... pycha :). Poznaję coraz więcej osób. Impreza zaczyna się rozkręcać. Dj Perez na małej sali zapuszcza JumpUp'y które wyciskają z nas niezłą ilość potu. Bawię się wspaniale. Chociaż pojawia się w klubie coraz więcej osób, a bramka raz po razie zostaje przerwana przepływem masy imprezowiczów, na małej salce ciągle tyle samo miejsca do tańczenia, naprawdę sporo. Na dużej sali istne oblężenie. Cały parkiet zajęty. Ludzie skaczą do houseów puszczanych przez DJ Sebastiana. Tym samy wyjaśniła się sytuacja, iż Ros i Sebastian są także na plakatach do Sfinksa, współczujemy rodakom :). Zauważam coraz więcej 'wiewiórek', a dresów jakoś nie i dobrze! Pojawia się piwo w kegach, za 0,3l płacimy 6 zeta, a dostajemy jakieś ochydne piwo, jak dochodzimy po smaku rozcieńczone z wodą i spirytusem. Blee ...
A mała salka żądzi! Około 1:00 za decki wchodzi DJ 600V (naprawdę potężny koleś, od razu skojarzył nam się z Notoriusem B.I.G) + Fish.
Harper miał niezły set Uciekamy po pierwszym utworze. W międzyczasie na dużej sali zagrał Bert z BoogieMafii, a po nim Harper, na którego trafiamy po przemieszczeniu się. O ile Bert grał troszkę specyficzny house, to otyle Harper zapuścił set speedgaragowy przechodzący w wolniejsze drumsy. Widać przygotowuje pole dla gwiazdy, która się nagle pojawia. Krzyki, gwizdy i oklaski dla Harpera za naprawdę świetny występ oraz dla gwiazd, które zajmują odpowiednie dla nich miejsca. Podziękowania dla Harpera od Mc Dinamite za wstęp, krótkie przywitanie i ... JEDZIEMY !!!
Haryzmatyczny Mc DynamitePierwsze słowo, pierwsze uderzenie i prędkościomierz skacze do 180 bpm. Swiatła kamer (chyba ze 3), błyski fleshy aparatów (chyba z 6), szybka muza, charyzmatyczny MC z niezłymi ciągotami do rapowania i wspaniały showmen podrywający coraz to bardziej zmęczony tłum. Predkość nie spada poniżej 180. Pierwszy rząd. Skaczemy, wyjemy, ekstaza. Przedemna koles ze 13 lat skacze tak mocno, że z wyczerpania pada na podest, ale leżąc dalej wymachuje rękoma, podnosi się, skacze odrobinkę i znowu pada. Podchodzę by troszkę zluzował bo zaraz padnie z niedotlenienia. Jak się później okazuje młodszy brat Simby. Łapę się na serię ujęć z kamer i aparatów. Marchewa ma większe branie :).
Mc Dynamite podrywa wszystkich do zabawy Mijają 2 godziny a my dalej JEDZIEMY!!!. Czad, maks, rzeźnik!. W MC wpatrzone są oczy wszystkich dziewcząt. Tak, ten pan ma naprawdę talent i rozrywa wszystkich :).

Główna sala, godzina 02:30. Wchodzi Jazz Noiz Breaksystem. Dj Romero pięknie zgrywa się z Krustem i szybko spowalnia do tempa bardziej pasującego do nich. Trzaska i jego saksofon pobudzają ludzi do dalszego trwania na parkiecie. Jednakże daje się wyraźnie odczuć zmniejszenie się liczby imprezowiczów. Wędruję między chilloutem a pozostałymi salami. Raczej przyglądam się niż tańcze, bowiem Krust zabił we mnie wszelkie oznaki życia i energii. Czekam na pojawienie się MK Fevera.
Mała sala, godzina 04:00.
Gra jakiś pan całkiem skoczne jungle. Zauważam MC Dinamite'a z mikrofonem rapującego do muzy. Podziwiam pana. Otoczony jest całkiem pokaźną grupą dziewczyn. Ludzi mniej o połowę albo i więcej. W Wawie naprawdę szybko kończą się imprezy. Dowiadujemy się, iż jest to pierwsza impreza, którą widzi ten klub, aby było tak dużo osób o tym czasie. 04:30. Wchodzi MK Fever i jego brat (ponoć jeden z najlepszych scratcherów w Polsce) DJ Krime (?), a za mikrofon chwyta się Dj Feel-x, scratcher Kaliber 44. Lecą 2stepy okraszane naprawdę niezłymi dzwiękami spod palców Dj Krime'a i dużo cieńszymi tekstami Dj Feel-xa. Tak do 06:00 kiedy to MK Fevera zmienia inny koleś, na szczęście muza zostaje ta sama. Dawno nie bawiłem się tak dobrze do 2stepów, bowiem teraz było bardzo dużo miejsca do tańczenia (bawiło się max. 10 osób, najcześciej to 2-3) a klimat był bardzo przyjemnie przez DJi budowany, no i o tej godzinie bardzo dobrze się sprawdzały, drumsów by nikt nie wytrzymał, a '2kroki' były znacznie od nich wolniejsze, choć nadal połamane.
Na sali głównej po wystpie Dj Romero i reszty 3miejskiej ekipy za stery wszedł jakiś pan, który okrutnie ciężko jechał w okolicach technicznych domów. Pojawiły się stoły z obiecanym śniadaniem, ale niestety spóźniłem się na nie. Jeszcze troszkę poskakałem i o godzinie 06:45 udaliśmy się w dwójkę w kierunku Dworca Centralnego a potem na północ, do domu. Wspomnę jeszcze o fajnym szczególe, kiedy to spacerując sobie mijał nas samochód jednego z imprezowiczy, muza na cały regulator, na światłach 'pompował' amortyzatory w rytm basów używając ręcznego i gazu, przez co cały pojazd się bujał, machające rączki nad kierownicą i ekstatyczne okrzyki kolesia, po czym pisk opon na zielonym i już go nie widzieliśmy. Na pożegnanie on i jego współpasażerka nam pomachali. Małe a cieszy ... :)


Tak się bawiliśmy !Wniosek: Impreza naprawdę udana i to pod prawie każdym względem. Wyśmienita muzyka, wspaniałe gwiazdy, niespodzianki, cudowne towarzystwo, które stworzyło rodzinną atmosferę, nieźli ludzie, brak dresów i tylko mały defekt w postaci wydatków finansowych. Serdeczne podziękowania dla Marchewy, któremu nie znudziło się moje towarzystwo, Helii za załatwienie biletów, Bertowi za pożywienie ciała i umysłu, całej rodzince clubbingowej w Wawie za atmosferke, a szczególne buziaki dla Pepsi za to, że była :***

Werdykt: Niezły japoński samochód... a mówią że Mitsubiszi to firma robiąca bublowate samochody. ;)

Chłodny

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team