login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2000-12-08 Kaponiera: Mixołajki

Na ten Kapeć trzeba było czekać jakoś dłużej niż zwykle, chyba z 3 tygodnie całe. Ksero-pseudo-plakaty zapowiadały, pomijając DJ Atana, standardowy zestaw DJ, którzy zmieniając z imprezy na imprezę ksywy starają się chyba stworzyć pozory ruchu i urozmaicenia w obsadzie :) Pod kapeć przybyłem samotnie około 22.00 by zastać przed wejściem Chłodnego, Adasia i pana Colaniego. Pewnie z racji warunków pogodowo-klimatycznych imprezy w Kapciu rozkręcają ostatnio dosyć późno więc mieliśmy sporo czasu na różne głupoty, w tym filmowanie jakiejś zagubionej damskiej torby, która pojawiła się nagle, ni to z gruszki ni z pietruszki, przed klubem. Sympatycznym akcentem okazała się, równie niespodziewana, wizyta Marchewy i Mistle, którzy o ile się nie mylę przeżywali swój pierwszy raz w Kapciu. Kiedy w okolicach 23.00 znaleźliśmy się w środku, miejsce przebojowych housów które wydobywały się z wnętrza klubu do tej pory, zajęła już na dobre mjuzik konkrete w miksie DJ Marka, którego ksywy ostatecznie nie udało się ustalić. Ludzie dopisali, pomimo naszych obaw z godzinny 22.00 szczelnie wypełnili górny parkiet poddając się eksperymentom wspomnianego muzycznego prowodyra. Trudno się domyśleć czemu miały te eksperymenty służyć. Przeplatanie klasyków goa i transu z technicznymi motywami nie robiło najlepiej, wyglądało tak jakby po każdym fragmencie transu DJ próbował poderwać tańczących dynamicznymi fragmentem minimalnym do żywszego ruchu. Gdy za sterami pojawił się następny DJ zrozumiałem, że te goańskie reminiscencje stanowiły swoisty muzyczny czerwony chodniczek rozwinięty przed weteranem trójmiejskiej sceny transowej - DJ Atanem!. Trzeba przyznać, że w jego DJskich kreacjach czuć wieloletnią praktykę. Jego set stanowił set wzorowy. Była to kunsztownie opowiedziana opowieść muzyczna z wprowadzeniem, rozwinięciem i zakończeniem. Piszę to pomimo, że transy już niezbyt mi robią, a te w dodatku były bardzo wolne i w swoich mało dynamicznych aranżacjach i z całkiem prostym bitem nie skłaniały jakoś do tańca. Ale pewnie taka już tej muzy psy-specyfika. Miło się jednak słuchało a większości ludzi moje wyłożone powyżej teorie nie przeszkadzały w dobrej zabawie. Nice. Dla mnie impreza zaczęła się na dobre z momentem kiedy Atana podmienił Afro - stały grywator podczas nocy kapciowych. Zaserwował naprawdę świetną rozwałkę. W końcu usłyszeć było można jakieś nowości a przynajmniej utwory mało jeszcze w Kapciu ograne. Moim zdaniem był to jeden z lepszych setów, które złożył w ciągu ostatnich miesięcy. Przynoszącą szczęście i radość pałeczkę przejął po Dominiku DJ Madhatter vel Kuba. Rzeczywiście, przejęcie było olimpijskie. Na początku biegu zaskoczył przeciwników materiałem chyba nowym, świetnie działającym na wszystkie moje stawy i przeguby. W ogóle Kubę trzeba pokochać za jego dryfy w stronę klimatów bardziej groovowych - mam na myśli techno nie wprost łupaninowe, coś w rejonach twórczości Cristiana Vogla, Neila Landstrumma czy Si Begg'a. Kapciowe szlagiery (m.in. Beltram którego "Ball Park" jeszcze się na wylot nie przetarł) w jego wykonaniu tylko wynosiły współbiesiadników na wyższe stany energetyczne. Very nice. Po Kubie za talerzami pojawił się Butcher, nasz młody DJ, który nie miał odwagi zagrać do końca samemu i dał się wtrącać DJ Slavo. Zupełnie niepotrzebnie. Małe skuchy techniczne nadrabiał świetnym materiałem, głownie ze stajni Tresor'a. Następnie ekspresji swojego gustu muzycznego dokonał DJ "Kat Da Krap" Slavo/Gibon. Rozumiem, że jak się imprezki organizuje można sobie zagrać co się chce ale czemu muszą to być wiwa-szity??? No cóż, nie po raz pierwszy, pewnie nie po raz ostatni... Ja zdążyłem się przyzwyczaić do jego muzycznych wizji na tyle, że wykorzystuje te kilkadziesiąt minut na odpoczynek. Siły warto było zbierać, bo gdy Slavo skończył katowanie, Afro z Butcherem rozpoczęli grę w ping-ponga. Mnie wbrew pozorom miłym akcentem wydał się fakt, że wraz z kolejnym uderzeniem bitu, gdzieś w okolicach 4:30 parkiet z prędkością gasnącej żarówki spowiła zupełna ciemność i takaż sama cisza. Okrzyki "Gdzie jest Korki?" wyjaśniły wszystko. Przez kilka minut posiłkowani resztą działających w pomieszczeniu świec DJe robili wszystko by przegonić elektrycznego chochlika z przewodów. Co bardziej zrozpaczeni imprezowcy próbowali w tzw. międzyczasie swych sił w tworzeniu techno a kapela. Na szczęście ku zadowoleniu wszystkich hardkorowców w niedługim czasie biba ruszyła na nowo. Bijący teraz jakby ze zdwojoną radością stroboskop wraz z porządną muzą umilał pozostałym czas do samego końca, który miejsce miał standardowo o godzinie 5.00. Imprezka zupełnie udana. Zapraszam wszystkich którzy nie oczekują bewerlihilsowkich warunków, i tych którym widok kilku buraków nie przekreśla niemal rodzinnej atmosfery i świetnej zabawy wśród znajomych do ciekawej muzyki, której nie usłyszycie nigdzie indziej na terenie trójmiasta.

PS. Powrót do domu był fatalny, szare budynki z rana, szarzy ludzie w tramwajach, sennie oświetlone żurawie stoczni gdańskiej rzuciły mi się jakoś na umysł i cała sobota była dla mnie szara i senna, taka rzekłbym somnambuliczno-transowa. Aha. Walić w dupę Teletubisie! Spalić ulicę Sezamkową! Teraz rządzą Kosmokwaki! Nie ma to jak kanał (słowo użyte świadomie dwuznacznie) Polsat o 6 rano...

Blue

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team