login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2001-03-17 Sfinks: Love Bomb!

To była prawdziwa bomba miłości. A nawet miłości, szczęścia, pokoju i ekstatycznej zabawy. Atmosfera w klubie była gęsta i nie pozwalała nikomu ustać spokojnie ani wyjść suchym.
Aby dopełnić nazwy imprezy zabrałem 'my love' ze sobą i o 22 z minutami znaleźliśmy się w klubie, a ciśnienie na zabawę nas rozsadzało. Niestety kapela 'Something Like Elvis' zapodająca postrock'owe klimaty nie była tym, na co czekaliśmy, a muzyka nam się nie podobała, więc jedynym wyjściem z sytuacji było przeniesienie się na fontannę. Tam swoje płyty prezentował Elvis, który tego wieczoru ograniczył się do puszczania 2 stepów i to niezbyt ciekawych, a na pewno zbyt wolnych. (ponoć miejsce to miało powrócić do swojego pierwotnego znaczenia, czyli chill-out'u, ale na czas koncertu można chyba to przeznaczenie złamać ? Wkońcu nie każdy technik musi lubić rock, nawet jak się na nim wychował)
Pół godziny po północy główna sala była już przemeblowana i przygotowana na tłumy tańczących, a za deckami stanął Romero. Rozpoczął szybko i energicznie zapodając breaki. Parkiet bardzo szybko został zapełniony (ciekawe skąd nagle w pustym prawie klubie znalazło się tyle ludzi ? Może gdzieś w Sfinksie jest sekretne pomieszczenie o którym nic nie wiem ? :)) i zabawa ruszyła. Temperatura pomieszczenia szybko skoczyła w góre, a zawartość tlenu znacznie się obniżyła. (Proszę o klimatyzację, a conajmniej dobry system wentylacyjny !!!!) Razem z moim słonkiem od samego początku okupowaliśmy mały podest umieszczony po prawej stronie klubu, skąd mieliśmy bardzo dobry widok na bawiących się ludków i dilera sprzedającego dropsy (Do dilera: wiem, że piguła ostro z tobą pojechała, ale mógłbyś się troszkę z tym kryć. Masz szczęście że nie było żadnych tajniaków).
Set Romero urozmaicony elementami "dwóch kroków" trwał do 01:30 by zostać przerwany przez Fresha i jego house'y. Szczerze powiedziawszy gra 'Siwego' niezbyt mi się podobała. Potraktowałem to raczej jako przerywnik, w którym mogłem nieco odpocząć, i przedsmak tego, co zaprezentują gwiazdy.
A Pete Haywood i Dave Godding pojawili się o 02:30 i rozpoczeli zabawę z publicznością. Na początku ich gry w mojej głowie wędrowała myśl, że tak naprawdę nic nowego nie pokazują oprócz dobrego rzemiosła. Na szczęście panowie z Brighton nie dali mi długo tak myśleć i z utworu na utwór zdobywali mój szacunek. A ich zachowanie za deckami naprawdę mnie poraziło. Skakali, krzyczeli, machali rękoma, robili zdjęcia publiczności i ściskali im wyciągnietę dłonie. Byłem pod wrażeniem jak wspaniale umieją się bawić i w jaki sposób przekazują ludziom pozytywną energię oraz zmuszają moje zmęczone członki do następnego wysiłku. Wśród większych lub mniejszych hitów znalazło się sporo materiału którego nie znałem, jednak naprawdę spodobali mi się tworząc, jak ja to mówię, versusa. Czyli dwa utwory puszczone równolegle, połoczenie linii melodycznej z jednego i wokalu z drugiego kawałka. Jedyny zarzut jaki mógłbym postawić dj'om to zdecydowanie za dużo hitów. Spodziewałem się usłyszeć znacznie więcej nowych utworów.
Świetna zabawa trwała do chyba szóstej, kiedy to panowie z UK opuścili scenę i powędrowali na zaplecze będąc długo oklaskiwani. Za stery stanął ponownie Fresh wchodząc w zbyt, jak na ten wieczór, ciężkie klimaty, by po niecałej pół godzinie zostać zmienionym przez Festa. Niestety ten pan albo nie ma innych, albo bardzo uwielbia puszczać stare hiciory, jeden po drugim. Proszę Bartek, jedź na zakupy ...
Ogólna ocena imprezy jest bardzo wysoka. Ilość ludzi była w sam raz, muzyka i zabawa wspaniała. Dodatkowym wyznacznikiem może być fakt, że mój kumpel po raz pierwszy od długiego czasu nie spał na imprezie i dużo skakał na parkiecie :).

Chlodny

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team