login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2001-03-31 Sfinks: muzyczny KingSize 2

Historia lubi się powtarzać. Podobnie jak w zeszłym roku gościliśmy w Polsce (a więc i w sopockim Sfinksie) Dub Pistols a zaraz potem ekipę z brytyjskiej wytwórni KingSize. Niestety choroba nie pozwoliła mi uczestniczyć w wiekopomnym wydarzeniu 20 klubowych, którego gościem był Barry Ashwotrh (czyli lider Dub Pistols). Tak więc nie pozostało mi nic innego jak nadrobić zaległości podczas występów KingSize, którzy wystąpili w składzie: Ade Bambo, czyli 1/2 duetu Hardwire (goszczący także w Polsce rok temu), Steven Hunt aka DJ Stix, który dość często gości nad Wisła. Np. jako skratcher w Dub Pistols - tydzień wcześniej, a także wraz z Hardwire i Chicken Lips podczas zeszłorocznego tournee po Polsce. Jako trzeci wystąpić miał Greg A. Bell czyli kawałek Jabłkowego Nasionka - Appleseed.
Pomimo bardzo pozytywnego, psychicznego nastawienia na imprezę udałem się do Sfinksa z mieszanymi uczuciami, jako, że set zagrany przez ww. Panów w Radiostacji, jakoś mnie nie poderwał. Niestety.
Wszystko zaczęło się o 22. Jako support występowała Boogie Mafia (notabene supportująca także Dub Pistols tydzień wcześniej). Zaczął Harper. W sumie grając do kotleta, bo klubowiczów jeszcze niewielu zdążyło się zejść.
Około 23 z ogonkiem za decki wszedł Bert i rozwinął set w kierunku podrywającego publikę housu. Ludzie zaczęli się schodzić i ochoczo pląsać. Jednak rytmiczny housujący set Berta był dość dużym wyzwaniem, dla grającego po nim, przedstawiciela Hardwire. Wyzwaniem, gdyż musiał on w delikatny sposób, stanowczo zmienić klimat.
Od 01.00 muzyka zaczęła przechodzić w kierunku bardziej połamanym (charakterystycznym, dla bądź co bądź breakbetowej wytwórni King Size). Muzyczna petarda, wybuchowa mieszanka housu ze skocznym breakbeatem. Całkiem liczna publiczność pląsała aż miło.
Pląsało, gdyż miejsca było całkiem sporo - ni jak to się miało do 20 Klubowych Night, gdzie ponoć ilość ludzików zgromadzonych w Sfinksie nie pozwalała na wciśnięcie szpilki. Na pewno powodem nie zapełnienia Sfinksa (chociaż to było nawet pozytywne) był sposób przedstawienia artystów na plakatach. Wypisano ich z nazwiska, jedynie małymi literami napisano zespoły, które współtworzą, i które są daleko lepiej rozpoznawalne niż sami artyści. Cóż - może tak miało być, a impreza miała trafić do mocniej wyselekcjonowanego grona clubbingowców.
No ale wracając na parkiet.
Około trzeciej zmęczonego Hardwire'a zastąpił wielki człowiek (dosłownie) - przedstawiciel AppelSeed.
I w tym momencie Sfinks się zatrzymał. Pochłonięci euforycznym tańcem ludzie stanęli jak wryci i nie wiedzieli co zrobić.
Pan Greg Bell zaprezentował porcję solidnego, prawdziwego funku!! Żadnego pompującego bitu w charakterystycznym rytmie 4/4, pure funk. Muzyka definitywnie nie dla wszystkich - więc nie ma co się dziwić, że w przeciągu kilku chwil parkiet opustoszał.
Wiele osób usiadło kontemplując porcję zajebistej muzyki, zapuszczanej z małych 7'' krążków - singli (tak, tak, tych małych, na których słuchaliśmy kiedyś bajek dla dzieci, z taka dużą dziurka w środku). Notabene, Greg, wyglądał ze swoim casem bardziej niż hydraulik ze skrzynką z narzędziami, niż DJ z pudłem pełnym muzycznych niespodzianek.
Chyba osobą, która najlepiej zniosła taką drastyczną zmianę klimatu, był szefuncio Sfinksa - Florek, radośnie kołysający się pod samą DJką.
Tymczasem z fontanny dobiegły mnie radosne, ostro połamane drum and bassowe, bity. Niestety - wytrwanie ponad 1 kawałka było zadaniem nad wyraz trudnym, a dla wymagającego słuchacza wręcz niemożliwym. Ja rozumiem, że DJ nie musi być mistrzem świata, że mogą mu się zdarzyć błędy i pomyłki, ale tutaj żaden kawałek nie był poprawnie zgrany. Wyglądało to raczej jakby kolejny płytki były puszczane (nie zgrywane) bez jakiegokolwiek dostosowywania tempa itp. Dla osoby chcącej poskakać nieco - horror.
Natomiast na dużej sali (która zdążyła już kompletnie prawie opustoszeć) do funkowych brzmień, zaczął wskratchowyać się DJ Stix, wraz ze swoimi hiphopowym setem. I oto, dla osób spragnionych rytmicznego uderzenia - kolejna petarda. Set hiphopowy, okraszony za to porcją wytrawnych, wysublimowanych, zajebistych, wgniatających w podłogę, sufit i ściany zgrzytów produkowanych za pomocą crossfadera i vinylowej płyty.
DJ Stix dał się poznać jako znakomity turntablista już tydzień wcześniej (jako członek Dub Pistols), a to co teraz zaprezentował było ucztą dla oczu i uszu. Nie byłem jedyną osobą, która stała nad DJ i patrzyła mu się na ręce. A było na co.
W sumie gdy nie popis znamienitych skratchy, to ludzie nie wytrzymali by samego hiphopu. Cóż.
Wraz z nadejściem godziny 5 w głównej sali zaczęły dobiegać coraz bardziej housowe rytmy. O dziwno, nie.. to nie Elvis - jeszcze. Ostatnie, chyba nie swoje, płytki położył Stix i Sfinks wrócił do tego co, niestety, większość ludzi lubi najbardziej. Do mocnego, ciężkiego a także dość nieskomplikowanego, hałasowego grania.
W fontannie zaś, która jak wiadomo stała się typowym chilloutem, ten sam Pan co bezcześcił drumandbass, klecił jakieś dziwne rzeczy, zakańczając swój set kawałkiem Ireny Santor.

Jako, że nic wielkiego nie mogło się wydarzyć, wraz z poranną zorzą i przepięknym ćwierkaniem ptaków udałem się w kierunku mojej norki i znajdującego się tam legowiska.
Z informacji otrzymanych później dowiedziałem się, że pan Elvis przeszedł deTox i zagrał całkiem przyzwoicie i na poziomie - chwali się.
No i stała się rzecz, których najstarsi klubowicze nie pamiętają. Dokładnie o 6:43 impreza została zakończona - zupełnie jak w Warszawie.

Cóż. Było miło, muzycznie wypasik, niestety nadający się bardziej na małą, fontannowo - chilloutową salę, a nie na main
hall. Ale co tam, gwiazda, to gwiazda.
A przy funku i hiphopie wspaniale się kiwało, siedziało i gadało.

Marchewa

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team