login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2001-06-02 Sfinks: Lucky Strike Dym! 4

Co to jest spławik chyba, każdy wie.. smókły, wąski, cieniótki. Impreza spławików następuje wtedy, gdy Sfinks bije rekordy frekwencji. No jest to miłe (na pewno finansowo) dla organizatora i klubu. Jednak klubowiczom nie zawsze jest z tym najprzyjemniej.
Ale od początku.
Dawno, dawno, a dokładniej całe 2 lata, temu rozpoczął się cykl imprez Lucky Strike Dym!. Co pół roku klubowa brać w 4 (lub 6) miastach Polski doznawała wręcz mistycznych uniesień ;-). Otóż Dym! nigdy nie był (i nie będzie) zwykłą imprezą. Tam nie samą muzyką żyje człowiek (choć jest ona ważna i niewiątpliwie stoi na szalenie wysokim poziomie). Na zaDYM!ie, prócz muzyki jest teatr - performance lub całkiem spore widowisko.
W chilloutowych zakamarkach klubu jest kino (dosłownie, z dużym ekranem i widownią). Jakiś pan rysuje karykatury, pani dzierga tatuaże. Można iść zrobić zdjęcie ze swoim kochaniem. Dla zmęczonych euforycznym tańcem bar sałatkowy pozwoli uzupełnić niedobór witamin.
No ale muzyka, to najważniejsze. Można by długo wymieniać: twórca getho-tech - DJ Godfather, DJ Assault, Scanty Sandwitch (uloniony Dj FatboySlima), Howie B, John Carter, Mekon, Cut La Roc, State of Bengal i wielu innych. Jednym słowem - śmietanka, pączek z lukrem :-).
Podobnie zapowiadało się także tego czerwca w Sfinksie. Z zagranicznych gwiazd - gwiazdeczek miało nas nawiedzić Shmoove (czyli housowy live-actik) oraz Carl Clark, wspierani oczywiście przez najlepszych Sfinksowych wymiataczy. No więc rozochocony tą myślą przybyłem pod Sfinksa około 22.30. Jak zawsze czekała tam dość zwarta gromadka 3miejskich clubbingowców. Pierwsze co rzuciło się w oczy to ogonek ludzików przed wejściem. Dawno nie widziałem ludzi kłębiących się przed drzwiami zupełnie jak w UKach ;-). Gdy w końcu - około 23 - dopchałem się do środka, moim uszom nie objawiło się nic specjalnego. W zasadzie było cicho. Na dużej sali muzyczka leciała z CD no i nikt się nie bawił. Pozwoliło to jednak na spokojnie oblookać zmieniony wygląd GrandHall. Podest został przerobiony w jedną dużą scenę, na której miał się odbyć performane. Ów podesto-scena - na całą szerokość dużej sali, z obu stron została ograniczona telebimami dla projekcji Petera Styla (z CUKTu). W niebieskiej salce instalowała się zaś pani Ginger Things ze stanowiskiem do tatuaży. W ogródku trwały ostatnie przygotowania do otwarcia kina. Jedynie na fontannie można było popląsać. Cóż - to chyba jeszcze nie pora na bycie w klubie.
Gdy ponownie zawitałem do środka - po jakiś 30 minutach, na dużej sali bawiło się baaaaardzo dużo narodu. Ludziki ochoczą skakały, gibały się, wyginały do Brassic Beats, czyli funkowo, groovowych dźwięków zapodawanych przez Romero. Co ciekawe, Romero towarzyszył młody 3miejski skratcher - Wojak i całkiem zajebiście okraszał hiphopujące bity w zgrzyty z vinylowej płyty. W sumie, od pewnego już czasu Wojak przygrywa Romero, a ich duet wspaniale się komponuje. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęło działać kino. Do chorych, wykręconych czeskich animacji, dwóch panów dorabiało muzykę przy użyciu komputera, gitary elektrycznej i pół litrowej butelki wódki. W jaki sposób? Tego się słowami opisać nie da.
Inne ciekawe rzeczy działy się na antresoli, gdzie zainstalowało się studio fotograficzne Dym!. Każdy chętny mógł zostać obfotografowały - na pamiątkę :-).
Ale back to main hall. Po Romero & Wojaku na scene wyszli Shmoove. Jest to 3 osobowa kapelka grająca house - lekki, niosący, rytmiczny. Nie ma się więc co dziwić, że za trzema Panami (1.Andrew Tytherleigh - klawisze, 2.Andre Bonsor - bas, 3.John Buckby - sampler, saksofon), cały main hall popłynąl w kilkugodzinna podróż.
[tutaj Marchewa udał się do domq, więc dalsze wydarzenia nocy opisuje Chłodny]
Po genialnym i porywającym graniu Shamoove za deckami pojawił się pan Carl Clark, wyciągnął z kuferka czarne płytki i ..... poleciał z klubowiczami jeszcze mocniej. O ile Shamoove to leciutki, wesoły house, to Carl przedstawił ciemną stronę mocy grając mocno, energetycznie, tec-house'owo (przynajmniej w tej części którą słyszałem). Część z bawiących się na Main Hallu z tego powodu przeniosła się na Fontannę, gdzie jak zwykle ktoś (bo nie udało mi się go zobaczyć) zapodawał wysoce uszczęśliwiające, słoneczne i znane brzmienia. Ilość ludzi w tym pomieszczeniu na pewno przekraczała grubo nie tylko pojemność, ale i granice zdrowego rozsądku i dobrej zabawy.
Moja obecność na imprezie zakończyła się niedługo po zniknięciu Marchewy. A wszystko z powodu tłoku i duchoty, które to skutecznie przeszkadzały mi w zabawie do naprawdę wspaniałej muzyki. Gdyby nie te niedogodności impreza dostałaby ode mnie maksymalną punktację, ale ... Z drugiej strony przynajmniej udało mi się obejrzeć naprawdę pokręcony czeski (dosłownie - do tej pory nie wiem o co w nim do końca chodziło) film. Ludki go oglądające co chwilę albo wybuchali śmiechem, albo wydawali okrzyki zdziwienia. Przekaz artystyczny trafiał do widza, ale czy widz go kumał ? :)
Podsumowując: klimatyzacja, bądź dobra wentylacja, naprawdę by się w klubie przydała.

Marchew&Chlodny

Obejrzyj zdjecia z tej imprezy, których autorem jest Chlodny
Powrót do relacji

Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team