login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2001-10-19 Warszawa: Dwumecz Warszawski albo #clubbingu kółko wzajemnej adoracji.

Metro, czwartek g. 22:00: "O której jedziemy?" "Nie wiem, może o 14..?"
Pociąg ekspresowy relacji Gdynia - Warszawa, piątek g. 14:00: "Ty..?" "No?" "Bo pociąg już ruszył... Baku-baku?:)"
Tak się zaczęła wyprawa DS Team, potem było już tylko grubiej.

Gastrofaza. Po zaliczeniu małej bomby w pociągu i dojściu do siebie wysiedliśmy nieco zmęczeni na dworcu w Warszawie. Na peronie miała nas - a właśnie, kto jechał: Warp, Chłodny, Iskierka i niżej podpisany - powitać Andore. Zaatakowani potokiem słów nie bardzo wiedzieliśmy co odpowiedzieć (ja krzyczałem JEŚĆ), ale w końcu wyrwaliśmy się z Dworca Centralnego. Umówieni na wieczór w klubie Czternastka mieliśmy trochę czasu na regenerację. Po spożyciu odpowiedniej ilości węglowodanów Chłodny i ja wyruszyliśmy na podbój warszawskiej Starówki - wstyd się przyznać, ale tyle razy co byłem w Wawce, nigdy nie miałem okazji rzucić okiem na architekturę starszą od Mariotta. Stare Miasto niebrzydkie, ale w porównaniu do naszego gdańskiego jakieś małe. Weszliśmy z jednej strony i po paru minutach byliśmy już na jego drugim krańcu pod naszym pierwszym celem.

Czternastka. Bardziej pub niż klub - piwnica o surowym wnętrzu i cholernie niewygodnych siedziskach sprowokowała nas do pierwszego piwa tego wieczoru. Wjeżdżamy na samą górę - kilka rozrzuconych stolików, a z jednego z nich machają do nas Andore i Tularemia. Rozgrzewka zaczyna się powoli, kolejny browar, rykoszetujące lotki z parkietu, wreszcie pierwsze dźwięki dochodzące zza DJki (bez odsłuchu). Poznaję coraz więcej osób z #clubbingu [cześć, jak masz na imię, bywasz na ircu - słodkie że aż się żygać chce:>]. Warp (DJ Deform) wreszcie dorywa się do decków i zaczyna pogrywać bitowe łamańce - długo jednak nie daje rady, towarzystwo przyzwyczajone do miękkich house'owych dźwięków nie kwapi się do zabawy. Zresztą może to i dobrze, bo za niedługo czas się zbierać do Fioletu. W międzyczasie staram się zapamiętywać nicki poszczególnych osób. Częściowo mi się to udaje, bo oprócz wspomnianych już Andore i Tularemii, po głowie tułają mi się kolejne ksywki: Vikii (masz niezłą pamięć wzrokową kotku:)), Enasia o czerwonych włosach, Pomian, Marten, Ilsi, Ubik (nieźle się baka na balkonie:)) no i chyba jeszcze parę osób, ale teraz pisząc na gorąco nie pamiętam. Jakoś o którejś w końcu odkrywam, że zbliżamy się do:

Fiolet. ...klubu, w którym mamy spędzić większą część dzisiejszej nocy. Pierwsze wrażenie, to jakby powiększony Sfinks ze sporym regularnym parkietem umieszczonym na wprost didżejki. Ludzi sporo, ale jest się gdzie bawić, nagłośnienie takie sobie, bramka nieco nadgorliwa. Zmęczony podróżą i nie tylko rejestruję rozpoczęcie setu Takkyu Ishino. Nie wiedziałem czego się spodziewać, ale byłem dobrej myśli - jako producenta i didżeja znam go nie od dziś, a przed imprezką odrobiłem zadanie domowe i poprzypominałem sobie jego muzyczkę. Twórca dość zdywersyfikowany, raz jako producent, innym razem jako didźej, wreszcie jako część szalonego (bo japońskiego) projektu Denki Groove, grywa muzykę bardzo zróżnicowaną. Potrafi zagrać milutki house, by po chwili reflektować się, że ten rzeźnik zapodaje techniczną najebkę. Przyznam się, że muzyka tak mnie pochłonęła, że nie byłem w stanie przysłuchiwać się technice, ale ta chyba nie była najgorsza (ze dwa rozjazdy, jedna większa skucha). Podziwiałem natomiast umiejętność bawienia się konwencją, która przerodziła się w niczym nie skrępowaną podróż po muzyce, którą kocham, lubię i szanuję (aż do electro-synchpopowych wrzutów a'la Jacques Lu Cont). Mimo, że nie miałem sił by skakać cały jego set przekiwałem się z rozkoszą w sercu. Po jego zejściu parkietem zaczęły kołysać tech-house'owe i house'owe dźwięki - na szczęście nie było zbyt wiele wokaliz i dało się tego słuchać. Zmęczony jednak oczekiwałem na koniec i sen. Szczęśliwym trafem we Fiolecie Chłodny spotkał rodaków z Gdańska - Kubę i Kasię. Ta ostatnia zapewniła nam nocleg i opierunek na jakimś chuj_wie_gdzie_:

Osiedle. ...wypizdowie. Zdrowa chmura na sen, odrobina muzyki, lekka (za to przyjemna zwałka). Pobudka o czwartej po południu i oczekiwanie - przecież wszyscy przyjechaliśmy przede wszystkim na Goldiego, który wieczorem ma zagrać w "Nowej" Lokomotywie. Jest to zarazem okazja do wyprawienia wspólnych urodzin kilku osób. Jedzonko, drinki, F-tv:) i... czas się zbierać.

Lokomotywa. Małe macanko na wejściu - na szczęście bramkarzom się to nie spodobało na dłuższą metę:> i uderzamy do środka. Ogromny klub obliczony na 4-5 tys. osób sprawia wrażenie jakby był z tej samej bajki co Kazamaty. Pierwsze browarki, pierwsze podskoki na parkiecie do dźwięków rytmicznie połamanych (budzi się bestia). Po kolei pojawiają się osoby poznane zaledwie wieczór wcześniej - jako pierwsza Vikii, Boikot, potem pierwsza z solenizantek Solaris (once again best wishes), Enasia, Ubik, malutka Paula, Komos. Dołącza do nich kolejny desant 3miejski w osobie Marchewy oraz jego solenizantki Zakrentki (Tobie również jeszcze raz wszystkiego najlepszego). Ekipa pokaźnych rozmiarów, ale też i impreza nietuzinkowa. Minęła godzina pierwsza, ochroniarz Goldiego przechadza się jeszcze po klubie i sprawdza rozmieszczenie snajperów, ale to już nie jest ważne, bo sama legenda pojawia się na scenie za deckami. Tłum medialny nie do przejścia, zdjęcia odpuszczam sobie na później. Pierwsze dźwięki od razu mocne, blunted MC dość szybkimi frazami podkręca muzykę atakującą parkiet. Zaczyna się biba na całego co i rusz przerywana licznymi back-spinami. Skok tu, skok tam, pot się leje z twarzy. Szybka ucieczka po browara, rzut okiem na chill-out (pustki) i powrót w największy tłum. Pot znowu zlewa czoło, doskonały pretekst, żeby an chwilę odpuścić i zrobić kilka szybkich fotek. Wystrój dość surowy (żeby nie napisać żaden) nie pozwala na żadne oryginalne kadrowanie, ale twórca "Timeless" utrwala się na karcie pamięci. Świetna zabawa, ludzie rozradowani, dresiarze naspidowani - na szczęście nie rażą swoją obecnością za bardzo. Jakieś 2,5 godziny obcowania z muzyczną legendą zwiększa pragnienie, dlatego uzasadniony jest wypad na piwo do chill-outu w miłym towarzystwie. Ludzie wykruszający się powoli o czwartej wyciekają już całkiem szerokim strumieniem. Nas to jednak nie zraża i na chill-oucie kręcimy własną imprezkę. Pyszny tort czekoladowy znika szybko przy lekkiej pomocy hien klubowych. I choć przez dobrą chwilę walczę z rozdrobnieniem dekoracyjnej różyczki na mniejsze części (ach ta Solaris i jej zachcianki:)), to upaćkany kremem czekoladowym zabieram się do lizania palców. 5:20 koniec imprezy. Zmęczony, ale szczęśliwy, zmachany, ale wciąż pobudzony namawiam towarzystwo na afterek. Zapał jednak rozchodzi się po kościach wraz ze zmęczeniem i po pożegnaniu się (508 vs 510) czas na mała chmurkę i niespokojny półsen. Za chwilę trzeba będzie wstać i tłuc się pociągiem do domku.

Pobudka. "Mike, jedziemy o 11?" "Nie, pierdolę". "Oki, to jedziemy o 14":). Tak wyglądał poranek. Z kanapką w dłoni i Iskierką (obok, nie w dłoni) w ostatniej chwili wbiegliśmy do pociągu. Po posileniu się, czyli w jakieś 5 sekund później pociąg ruszył. Postój na Wschodniej i juz można coś zbić. Melanż przesympatyczny, głowa Iskierki może nie zaciężka - obyło się bez odleżyn śpiochu, huehue. O, już Tczew, trzeba się zbierać. Dom, obiad, włączam komputer co by spisać relację - kurna, net nie działa - jutro odrobię kanałową pańszczyznę i znowu nabiję statsy na ircu:) [jak się okazało w środę, kiedy przekazywałem recenzję nadal nie miałem netu:(].

PROPS:
- Kasia i Kuba za nocleg i towarzystwo,
- ekipa #clubbing, która mimo moich nieuzasadnionych obaw okazała się normalnie paczką całkiem nienormalnych ludków (nikogo nie wymieniam z osobna, bo jeszcze kogoś urażę jak pominę lub niedyskretnie wskażę sympatię:)) - bez was ta impreza nie byłaby nawet w połowie tak fajna,
- Takkyu Ishino, który podtrzymuję moją wiarę w klubową muzykę niejednolitą gatunkowo,
- Goldie, za to że był i świetnie kręcił imprezką bez żadnej gwiazdorskiej ściemy,
- JA, za to że się bawiłem (nie jestem jeszcze takim zgredem:)).

SLOPS:
- "nieco" za wczesny koniec impry - wypraszanie o 5:20 choćby nie wiem jak kulturalne nie jest rzeczą, za którą przepadam (tu jednak niezmiennie kłania się Sfinks, gdzie zabawy trwają do białego rana nawet w zimę),
- nadgorliwi bramkarze we Fiolecie,
- mój provider i TPSA, którzy skutecznie uniemożliwili mi upload recenzji i podpisów zdjęć na czas.

pozdroovy,

Michael(it-290)

Obejrzyj zdjecia z tej imprezy, których autorem jest Chlodny
Obejrzyj zdjecia z tej imprezy, których autorem jest Michael
Powrót do relacji

Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team