login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2001-11-10 Sfinks: Rephlex-ynjna noc.

Dawno nie byłem na imprezie, która by wyryła się w mojej muzgownicy i zapis jej został tam długo. "Noc z Rephlexem #2" przeorała zawartość mojej głowy doszczętnie, a zwoje muzgowe będę teraz musiał nawinąć od nowa, zachowując nowe spojrzenie na muzykę, którego impreza mnie nauczyła.
Pod klubem pojawiłem sie w małej grupce znajomych, a drogę umilały nam piwka i rozmowy na temat nadchodzocej nocy i muzyki na niej spodziewanej. Wiele dobrych informacji posłyszałem o pierwszej imprezie z tej serii (na której niestety nie mogłem być), więc aby nadrobić nieco zaległości odrobiłem wcześniej pracę domową pod tytułem: twórczość Cyloba.
Przywitawszy kolejną grupkę znajomych stojących u wrót Sfinksa swe kroki skierowałem ku jego wnętrzu, bowiem temperatura powietrza nie pozwalała na długie przesiadywanie na murku, co zwykłem czynić w wakacje. Na sali głównej zastałem za deckami DJa Easta, który wspomagał się dźwiękami płynącymi z notebooka. Jako że jego muza miała zbyt duże korzenie osadzone w Housie udałem się na zwiedzanie klubu i rozmowy ze znajomymi, które tej nocy trwały całkiem całkiem długo. Tymczasem East zmienił klimaty na bardziej połamane przygotowywując podkład pod występ DJa Krisba. Ten drugi zagrał wyśmienite płyty minimalno-eksperymentalne (niestety nie jestem znawcą tego typu muzy - czas to nadrobic :)). Jednak na prawdziwy szok trzeba było poczekać do ok. drugiej, kiedy to za deckami pojawił się DJ (JAKIS ????????). Nie dość że przez cały jego set nie było go widać - wychylał głowę zza djki tylko na momenty zgrywania płyt - to jeszcze zapodał taki materiał, który wygonił sporą ilość ludków z sali głównej do chill outu, bądź nawet do domu. Zaczął spokojnie, by po chwili puścić Aphex Twina - Donkey Rhubarb, by znów po chwili zapodać zupełnie coś odmiennego. Cały set był wielką zabawą muzyką: od typowo aphexowych brzmień poprzez jego kolegów - Squarepusher'a, zachaczając po drodze o elementy minimalu, drum and bassu, breaku, elektro zdążając w kierunku house'u (w tym momencie bardzo nierozsądnie postapił kolega - zapalony minimalista - który uciekł do domu zdenerwowany na "pedalskie brzmienia" hehe) i lądując w funky, by po chwili zapodać reagge wzbogacone o nowe brzmienia. Naprawdę świetnie się bawiłem rozpoznając zaszyte w utworach mocno przesterowane motywy z filmów czy też szant, tak tak, szant żeglarskich.
Jego następca - Cylob - to już zupełnie inna historia. Ten nie był już taki przyjazny tańczącym jak poprzednik i zapodał muzę miejscami wybitnie nie do tańczenia (a co się stało z przewidywanym bitem ? uciekał co chwilę to o pół taktu do przodu, to do tyłu). Rozpoczął swoim własnym (i chyba najbardziej znanym) utworem Rewind wmiksowanym w Artfulla Dodgera "re-rewind", by po chwili zabić publiczność serią takich dźwięków, że Sfinksowy sound system powiedział "dziękuję" i nie wydolił ich, a parkiet opustoszał do garstki zapaleńców. Był to dla mnie początek najwspanialszej uczty i podróży muzycznej. Muzyka niosła mnie poprzez krainy bitu coraz bardziej zagłębiając się w nieznane.
Chłopaki zmienili się za deckami jeszcze dwa razy i w okolicach 6 rano za deckami znowu był Cylob eksperymentując już nie tylko na dźwiękach ale i zawartościach głów słuchających. Dochodziliśmy do punktu kulminacyjnego, gdy nagle zapadła kompletna cisza, a z głośników popłynął głos jakiegoś churu gregoriańskiego śpiewającego modlitewną pieśń nie wzbogaconą żadnym innym dźwiękiem prócz ludzkiego głosu. Coś po prostu niespodziewanego i niesamowitego. W kompletnej ciemności na pustym prawie parkiecie wyrażenie "świątynia Sfinks" nabrało zupełnie innego charakteru. Gdy utwór odegrał się do końca mogliśmy usłyszeć ostatnią niestety płytę Cyloba - tak wspaniałego trance'owego (nie żadne goa - czysty trance przenoszący umysł w inny stan świadomości) kawałka jeszcze nie słyszałem.
Podczas, gdy utwór się rozwinął i płynął, pewna pani o imieniu Hanka ze szczurem na ramieniu (co zwierzę robi na imprezie ???) wywołała niezwykle nieprzyjemne wydarzenie (co zresztą zdarza jej się za często). Otóż wypuściła szczura na DJkę, a zwierzę wędrowało sobie pomiędzy deckami i kablami. Niestety pan Cylob panicznie się go przestraszył (cuż - każdy człowiek ma jakieś fobie - nie dziwię sie mu), co doprowadziło do utarczki słownej pomiędzy DJem a nachalną Hanką, która próbowała, nie wiedzieć czemu, przekonać go do tego, jaki to szczurek jest miły. Zmęczony DJej i pokręcona Hanka zaczęli się na siebie wydzierać, w wyniku czego Cylob zebrał swoje manatki i poszedł na zaplecze (sic!). Pojawił się Florek, Elvis, ochrona. Muzy już nie było z 5 minut. Pojawił się Krisb, który pragnął kontynuować imprezę, niestety za deckami pojawił się Elvis, co było sygnałem dla mnie i znajomych do odwrotu do domku.
Szkoda, że musiałem być świadkiem ostatniego wydarzenia.
Z wielką niecierpliwością czekam na trzecią imprezę z serii noc z Rephlexem.

Props: Wszystko: muzyka, ilość ludzi, znajomi.
Slops: Hanka i szczur.

Chlodny

Obejrzyj zdjecia z tej imprezy, których autorem jest Chlodny
Powrót do relacji

Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team