login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2001-12-15 Sfinks: NOC ZADZIWIEŃ (Święta idą:))

NOC ZADZIWIEŃ (Święta idą:))

Ostatnimi czasy zaczynam znowu zmieniać opinię (tym razem na lepsze) na temat najlepszego polskiego klubu. W pierwszej fazie rozwoju sceny techno w 3mieście była to instytucja najbardziej twórcza, która prezentowała brzmienia różne, ale zawsze doskonałe i wysmakowane. Bodajże w drugiej połowie 1997 zaczęto promować w tym klubie house, co było na pewno niezłym posunięciem marketingowym, ale niekoniecznie czymś, czym mogłaby się potem chlubić fundacja reprezentująca bohemę artystyczną. Początkowo brzmienia te były na swój sposób undergroundowe, ale w momencie, kiedy house stał się kolejną odmianą muzyki pop, Sfinks kojarzył mi się z maszynką do stukania kasy przy wykorzystaniu bezmyślnej stukanki muzycznej. Każdy burak i tak
przychodził na house'y, szczególnie na fatalne noce rezydentów.

Tendencje te zaczęły być może jeszcze nie odwracane, ale już na pewno
zmieniane w roku 2000. Różnorodność prezentowanych (pod)gatunków, a także ilość imprez nie house'owych i pochodnych osiągnęła apogeum w tym roku i pieśni pochwalne winienem nucić pod nosem na cześć włodarzy. W ciągu ostatnich 2 lat oprócz wszechobecnych house'ów i beznadziejnych 2stepów prezentowano nam (konsumentom, klientom) d'n'b w różnych odmianach, dub (pamiętny występ Mad Professora), trance, dźwięki wytwórni Rephlex (potęga i chwała za odwagę) czy też techno/minimal (genialne Electronica Intelligente - szczególnie pierwsza edycja), czego dopełnieniem była ostatnia noc - Sound Off Eukatech.

Eukatech to wytwórnia skupiona wokół kultowego sklepu muzycznego i wraz z siostrzanym Eukahouse promuje charakterystyczne brzmienie techno i techhouse z wysp brytyjskich. Zresztą na ten temat można poczytać na ulotkach i na necie, więc się nie będę powtarzać. Gościem głównym minionego wieczoru był Inigo Kennedy, choć młody, uważany już za znaczącego muzyka. Tworzy muzykę bardzo energetyczną i szybką pozostając w estetyce raczej minimalowej (to co różni go od przeciętnego tresora, to przede wszystkim bitrate, który jest
nieco wyższy), ale o nim za chwilę.

Wieczór na dobre rozpoczął Chevy (Mr. Smith), którego wszyscy w PL znają dość dobrze. Swego czasu pod pseudonimem Mr. Smith grywał dość ciekawe połamane dźwięki, a jako Chevy trance. Potem, zapewne podążając za modą i koniunkturą zaczął grywać głupiutkie house'y, za co serdecznie go znielubiłem i szerokim łukiem omijałem jego sety. Kiedy wszedłem na salę usłyszałem konkretne dźwięki a szybkie zarazem - techno/minimal w na prawdę dobrym wydaniu. Podszedłem do DJki spojrzeć kto to i widzę, że to ani chybi Chevy. Hm, coś mi tu nie gra (to znaczy gra, ale nie to czego bym się spodziewał). Myślałem, że zapoda co najwyżej jakiś beznadziejny techhouse, a
tu takie miłe rozczarowanie. Nie wierząc do końca, że to on (konfuzja moja była spora) zapytałem się Kuby co to za DJ. Odpowiedź potwierdziła stan mojej wiedzy, więc mogłem spokojnie przyjąć do wiadomości, że nie należy się uprzedzać wobec DJów (wyjątek stanowi pewien rezydent Sfinksa, o którym poźniej:>). Chevy zagrał bardzo profesjonalnie, podoba mi się jego spokój kiedy zgrywa płyty - nie zauważyłem żadnych poważniejszych błędów, a jego set z wykorzystaniem głównie starszego materiału rozruszał publikę.

Pod koniec setu Cheviego przeszedłem się po klubie i wróciłem, bo
przyciągnął mnie znany motyw. Tweest potwierdził, że to Adam Beyer (masta, I like it:)), natomiast ja z niedowierzaniem zacząłem się przyglądać DJowi. Przecież ja go skądś znam - patrzę i patrzę i... już wiem! Pod nieobecność Wojtka to najlepszy barman w Sfinksie! Kolejna zdziwka, która mnie spotkała tej nocy (brakowało jeszcze, żeby buraki zaczęły gadać ludzkim głosem:)).
Jerry, bo pod taką ksywą występuje, otrzymał swoją szansę i zaprezentował swoje (niemałe) umiejętności. Mimo młodego wieku (i chyba stażu) pełny profesjonalizm, który odzwierciedlał się w perfekcyjnej prezentacji muzyki z czarnych krążków. Technika nienaganna, skupienie poparte lekkim kiwaniem świadczącym o tym, że bawi go to, co robi - serce i rozum. Set był bardzo spójny i najprawdopodobniej dla beki został zakończony jednym oldskoolem i
jednym hardcorem w stylu niemalże holenderskim (znam ten numer, ale za
cholerę nie przypomnę sobie tytułu). Tym radosnym akcentem Jerry kończył swój pierwszy występ tej nocy.

Jako kolejny za sterami trzech (3) decków stanął Inigo Kennedy. Być może ludzi zmęczył końcowy h-c Jerrego, być może zwiodła ich prezencja młodziutko wyglądającego Inigo (śmieszna bródka:)), dość że zaczęli ruszać się niemrawo. Jednak rzeźnik z Wysp zaczął wymiatać i na parkiet zaczęły spadać ładunki zdrowej minimalnej najebki (lubię to określenie:)), ciężko mi powiedzieć co zagrał, bo połowę materiału albo znałem ze słyszenia albo co najmniej kojarzyłem - dlatego nie mogę stwierdzić o progresie. W każdym bądź razie nie było w tym żadnego new skoola w stylu Landstrumma czy ostatnich Vogeli, za to była doskonała zabawa, bit i możliwość skakania - solidna rzemieślnicza robota, a dobre rzemiosło to w dzisiejszych czasach też
sztuka. Tych kilku maniaków minimalu przeżywało chwile ekstazy
niewspomaganej, reszta parkietu przeżywała ekstazę wspomaganą pokrzykując i wyjąc do Dja:)). Co mi najbardziej zaimponowało, że koleś grał z 3 decków i używał 3 decków, że koleś miał podłączony mikser i używał pokręteł - jak niewielu jest teraz DJów, którzy manipulują utworami poprzez zmianę barwy - przecież to jest takie pierwotne a zarazem ostateczne (stara dobra szkoła Levana i Hardy'iego była najlepsza)...

Koniec setu gwiazdy Eukatech stanowił uwieńczenie tej nocy. Niestety (piszę niestety, bo tak było) za konsoletą pojawił się Elvis i zaczął grać jakieś pitu-pitu. Co ja piszę? Grać? Dobre sobie - żeby chociaż nauczył się zgrywać do bitu, to nie była noc brejków:>>. Co z tego, że grał w pingponga z Jerrym, skoro wysiłki tego ostatniego niweczyły popisy super-masta-rezydenta, którego jedyną zaletą jest niesamowita mimika i przeżywanie własnej "gry":>? Co z tego, że poniekąd zagrał kilka fajnych numerów (jak "Where's Your Head At"), skoro nie pasowały do klimatu? Ech, to był czas na zmycie się do domu.

Na fontannie panowały dźwięki częściowo fontanniane (słodkie muzyczki dla buraków) i popisywali się goście z Twisted Kupa. Jakoś delikatnie mówiąc nie przypadli mi do gustu i na fontannie starałem się przebywać jak najrzadziej - również za sprawą buractwa, które nad ranem tłumnie przybyło z Galaxy z pewnym białym (w przenośni i dosłownie) dresikiem. Ja się jednak już zbierałem i waliło mnie to.

Na koniec spotkała mnie niemiła sytuacja. Po raz pierwszy w życiu zgubiłem numerek do szatni. Na szczęście szatnia okazała się być zajebiście w porządku, wszedłem do środka wyszukałem moją kurtkę, otrzymałem ją (po uprzednim opisaniu tego, co jest w środku, uiszczeniu opłaty manipulacyjnej 15 zł [słusznie, w końcu było pilnować numerka, a i tak pod szatnią znalazłem 10 zeta, więc strata niewielka:)] oraz podaniu moich danych personalnych - też słusznie, przecież ktoś zawsze może przyjść i ściemnić). Obiecuję poprawę i nie będę już gubić numerka:).

Po imprze udałem się na afterek w domowe zacisze i w towarzystwie (hm, jak by tu napisać:)), no towarzystwie niezwykle AAA+++ (jeśli ktoś zna systemy ratingowe:)).

Michael

PROPS:
- Kasia za towarzystwo
- Sfinks za imprezę i umożliwienie zaprezentowania swoich możliwości Jerremu
- Kuba za transport
- szatnia za pomoc
- Kropa za polecenie Vincenta Gallo, którego to muzyka niezwykle kojąco ilustrowała melanż afterkowy

SLOPS:
- Elvis za keffienie
- fontanna i buraki za istnienie

Michael

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team