login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2002-08-03 Sfinks: Felix w Finlandii - chwała Liptonowi

Felix w Finlandii - chwała Liptonowi

A czemu w Finlandii? Cóż, kraj ten to ojczyzna sauny przecież, a taka atmosfera, tyle, że nieco mniej higieniczna, panowała owej nocy w Sfinksie. Ale zacznijmy od samego początku. Z kronikarskiego obowiązku postaram się opisać krok po kroku jak się bawi polska młodzież. Start dość wcześnie, bo już koło godziny 19:00. Wszyscy oczywiście wyspani i trzeźwi jak świnie, za to chętni do zmiany tego stanu. Ekipa w składzie Kasia, Adaś, Bartek, Królik i niżej podpisany zebrali się w domu niżej podpisanego, a właściwie w jego pokoju. Tzw. beforek, bo tak to się nazywa w slangu, obfitował w niewielkie ilośći alkoholu, za to przedniej klasy - przed W Festiwalem testujemy W trunek, który można polecić największym smakoszom. Nie byłbym sobą, gdybym nie zaproponował zebranym małej okrasy w postaci posypki niezdrowej. Zasadniczo pań się nie prosi, panowie nie odmówili - i wszystko jasne. Sratatata, zęby zgrzyt, o! jest mentos owocowy, uff. Wódeczka płynie, martini też, do tego soczek i mamy eksperymentalny drink, który nie tyle powala, co uskrzydla. Muzyka w tle - odrabiamy zadanie domowe i przesłuchujemy świeże sety Felixa; potem zmiana na wybór IDG i pokrewnych wytwórni, wreszcie zmiany tak częste, że żaden kawałek nie leci już w całości. Dobra, spadamy na busa - czas dojechać pod Sfinksa, gdzie umówiliśmy się na dalsze alkoholizowanie.

W busie gadka-szmatka, w SKMce to samo - lecą kuerwy i inne obrzydlistwa na fakt niemożności swobodnego opuszczenia klubu. Spodziewamy się gorąca, dlatego zakładamy, że wchodzimy dopiero na Felixa (całe szczęście, że Adaś otrzymał od Elizy line-up) i zostajemy w środku jak długo się da. W Sopot jeszcze nikogo z umówionych, no to zrywka w krzaki. A tu niezła niespodzianka - nasze ukochane krzaki zajęte, buuu, jak tak można, no jak? Ale nic to, my twarde chłopaki są (całe dwa) i dziewczyny (cała jedna) i se na plaży damy radę te wstrętne środki zapodać. No i dali my radę, a co! Powrót pod Sfinksa, a tam już ekipka siedzi i browary spija na murku. Przenosiny na plażę zaowocowały późniejszym wytrząsaniem piasku nie tylko z butów, ale jest oki. Jak się okazuje wódkę rozpracowuje tylko kilka osób, reszta dupy, za przeproszeniem, dała. Nic to, pijem my dalej. A pijem my tak długo, że aż się skończylo. No to sklep, no to piwko, ale ten czas leci... A właśnie, na-ten-czas mała ekipka z Mechelinek przyjechała się dołączyć. Tak to nadszedł czas na wejście w otchłanie piekielne (temperatura sux).

Przejście przez bramkę błyskawiczne, w środku tłok i przyuważona na bramce spora kartka potwierdzająca naszą więdzę o niemożności wypadu i wpadu ponownego do klubu - niefart. Wawa kończy swój set, który można określić dwoma słowami "populistyczna najebka" - nie lubię takiego pozerstwa pod publikę, bo mnie się Viva przypomina i takich dwóch kolesi co na perkusji niby gra - to techno jest podobno. Muzycznie nie byłoby może źle, ale oczekując eklektycznego setu na pograniczu electro i staro-uczelnianego dance'u, ciężko jest skakać do tak euforycznej muzyki. Na parkiecie tłok, ale wbijamy się do środeczka oczekując w oparach potu na Felixa. Koleś z kolcami na głowie wpada za DJkę i widać, że pogłoski o domniemanym kacu chyba nie były wyssane z palca hehe. Zaczyna skocznie i fajnie. Powiem, że dawno się tak w Sfinksie nie bawiłem jak podczas setu tego sympatycznego kota domowego. Muzyka wybrana niesamowicie, a bo Emerge przeplata się z Frankiem Sinatrą, do Silverscreen sobie podśpiewywam, a do house'owego manifestu Larrego Hearda recytuję słowo w słowo. Euforia jak cholera, muza zajebista, tylko sposób podania troszkę szwankuje. Za dużo puszczania płyt, za mało miksowania, co rezultuje w częstymi momentami bez bitu - nieco wybija z rytmu. Ale już za chwileczkę, już za momencik... Proszę Państwa, tak, Proszę Państwa! THE CLASH 'ROCK THE CASBAH'!!! Yeah, you little madafaka, skaczę i śpiewam niemal wszystkie zwrotki (bo z pamięci ze starych czasów część słów uciekła niestety) - pot się leje strumieniami, koszulka przemoczona na wylot, spodnie też mokre - ale co tam, party tajm! Koleżka grał i grał, i nawet przestać za bardzo nie chciał, bo mu się widać podobało - efektywnie przedłużony set to tylko nasz zysk. Kiedy Fresh wreszcie stanął za deckami, Mr. Felix da Housecat zebrał zasłużone oklaski na stojąco (no tak, to ostatnie to był głupi przykład:-)). Zmęczony i odwodniony, lepiej niż po prawdziwej saunie udałem się na ogródek, a szkoda, bo Fresh zaczął pogrywanie bardzo fajnie i aż żal było nie słuchać...

A tam (na ogródku) zimno - joj, jak fajnie. Duet Fabian i Snake pogrywa różne różności chilloutowe - właściwa muza, właściwi DJe we właściwym miejscu. I jeszcze Lipton Ice Tea za darmo lany szeroki strumieniem. Coś wam powiem, ja to lubię takie imprezki ze sponsorami. A powiem wam coś jeszcze, taki Lipton to sponsor pierwsza klasa - napojów do oporu za darmo, bez żadnych ograniczeń - i chwała im, bo dopchać się do barów graniczyło z cudem i tylko dzięki nim nie było poważniejszych zasłabnięć, jak przypuszczam... Gdzieś po 4:30 opuszczamy miejscówkę i przenosimy się na plażę. W środku po prostu nie da się wytrzymać - niniejszym ponawiam mój apel o zainwestowanie w klimatyzację...

Na dworzu delikatna bryza znad morza (tfu, znad zatoki) muska spocone cielska nasze, kierujemy się do stolików wystawionych na samej plaży przez modny lokal Viva hehe. Na szczęście nikogo już nie ma i spokojnie sącząc piwko kontemplujemy wschód słońca rozgrywający się przed naszymi oczami. Leniwe dyskusje o koszulkach i nie tylko pozwalają nie zwracać uwagi na wolno płynący czas. Zgodnie twierdzimy, że impreza nad wyraz udana muzycznie, ale niestety jak tak dalej pójdzie (znaczy bez klimy w takie upały), to trzeba będzie większą część czasu spędzać pod Sfinksem raczej niż wewnątrz. Wyruszamy w stronę samochodu, po drodze spotykając cudotwórców z Liptona - rozdawnictwo rogalików na szeroką skalę na plaży, to świetny pomysł - część z nas, posiliwszy się, chwali się otrzymanymi koszulkami firmowymi i promocyjnymi płytami cd. Od kogo? Od Liptona rzecz jasna. I tak, jak zasadniczo nie przepadam za ich zwykłą herbatą, to chyba wydam trochę pięniędzy na ich inne produkty, by docenić ogrom pracy, jaki włożyli w przygotowania do imprezy.

Powrót do domu szybki i bezbolesny, choć pasy trochę uciskają. Wbita do łóżka i przyjemny letarg senny...

Michael

PS. A najgorsza była wszędobylska MTV, z tą swoją zmanierowaną ekipą.

Michael

Obejrzyj zdjecia z tej imprezy, których autorem jest Chlodny & Michael
Powrót do relacji

Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team