login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2002-09-28 Sfinks: Punkt & Sfinks 2002-09-28

Oj w głowie pustka:)
Tak jak przed impreza jak i po niej:)
Przykro mi, ze ta recenzja nie będzie wsparta zdjęciami, ale z pewnych powodów niezależnych (pytać Chłodnego i Michaela [od Michaela: aparat pojechał do Łodzi na Paradę]) zdjęć nie ma.
OK, ale wróćmy do tematu:).

Godzina 22.10
Miejsce: Ziemia, Europa, Polska, Gdańsk itd …:)
Po muzie dobiegającej z wnętrza lokalu wnioskuję, ze dobrze trafiłem, drzwi jednak zamknięte, jedynie domofon daje do myślenia. Po 5 minutowej analizie danych :) wpadłem na pomysł by go wykorzystać, co okazało się całkiem słuszną ideą. Tajemniczy głos zapytał:
- Słucham
- Eeee, ja do Punktu.
- Ale to impreza zamknięta, tylko na zaproszenia.
- Eeeeeeee, ale ja no właśnie ...
I w tym momencie brzęczyk ogłosił otwarcie drzwi, moja inteligencja znowu zwyciężyła :)
Zanim Pan X się rozmyślił otworzyłem drzwi i moim oczom ukazała się grupka znajomych twarzy, uświetniająca nasze wejście (uups ale egoista ze mnie, zapomniałem napisać, że wraz ze mną na miejsce dotarli Adaś-Ice, Magda-Romeska, oraz panna Magda zwana Rudą choć już ruda nie jest :)) znajomym wyciem i tupaniem nogami (no trochę przesadzam, ale nie mogłem się powstrzymać – napadła mnie wena twórcza:))
Nie będę wymieniał obecnych tam osób bo trochę by to potrwało, kto był ten wie.
W każdym razie przywitały mnie mocne drumowe dźwięki puszczane przez stojącego za dekami Komosa (rośnie nam młodzież DJ-ska :)). Miejsce okazało się bardzo milutkie choć ciasne, mnóstwo kanap, foteli i pięterko z podobnym zestawem mebli powodują, że jest tam dosyć przytulnie i jest gdzie posiedzieć, ale miejsc do skakania tam się nie znajdzie- czyli jak dla mnie fajne miejsce na posiadówy przed konkretną imprą – czyli tak zwane beforki :)
Siedziałem w tym radosnym miejscu około godzinki, w międzyczasie trochę osób wybyło, ale jeszcze więcej przyszło, muza zmieniła klimat na bardziej minimalny (Butch i Jim) więcej towarzystwo siedziało, plotkowało, zawierało nowe znajomości, odświeżało stare, spijało piwko i napoje bezalkoholowe :) - czyli ogólnie mówiąc znakomicie się bawiło.
Kilkanaście minut po 23 wybyłem, aby udać się do Sfinksa, gdzie byłem umówiony z resztą znajomych. Jakoś tak wyszło, ze mimo samochodu dotarcie na miejsce zajęło mi ponad godzinę, ale w końcu dotarłem pod znany wszystkim i lubiany (przez niektórych) lub znienawidzony (przez innych:)) obiekt.
Z powodu jesiennego zimna i późnej godziny zwyczajowe przedwejściowe rozmówki na tzw. murku się ta razą nie odbyły.
Okazało się, ze zdążyłem na czas, ludzi nie za dużo, ale nie za mało, powiedziałbym, że w sam raz, jednak wystrój wnętrza jak na sfinie i obecne tam gwiazdy bardzo skromy (0 rzutników i innych ciekawostek w rodzaju ekraników z kolorowymi obrazkami, ale może tak miało być).
Krótkie przywitanie ze znajomymi, trochę dialogu i oto pojawił się długo oczekiwany Transglobal Underground w postaci 2 DJ-tów, 1 bębniarza i hinduski (zresztą przynajmniej ¾ zespołu wykazywało hinduskie rysy twarzy :)) z dziwnym instrumentem przypominającym okrągłą gitarę z bardzo długim i szerokim gryfem, na którym to od czasu do czasu pobrzękiwała.
Co prawda z miejsca, w którym stałem oddalonego o 8-10 m. od DJ-ki nie słyszałem ani bębniarza ani panny „gitarzystki” ale przynajmniej to fajnie wyglądało (ale podobno z bliska było cos słychać :))
Muza była typowa dla nich, czyli jak to odpowiadałem na pytanie jak mi się podoba – ciekawa:)
Głownie typowa muza indyjska z technicznym bitem, ale zdarzały się i kawałki oparte na wpływach afrykańskich, oraz nieokreślonego pochodzenia utwory z syntezowanymi trąbkami itp. , niektóre całkiem taneczne utwory porywały ludzi do skakania, ale widać było, ze nie jest to typowa muza imprezowa:)
W każdym razie pogrywali w ten sposób chyba, aż do godziny 4.00 kiedy to z przyczyn „niezależnych” musiałem się zmywać.
Ach zapomniałbym o Chilloucie, ale co tu dużo mowić na Chilloucie bez zmian:) - tłok zresztą też ten sam - mam wrażenie, że niektórzy przychodzą tylko dla tego pomieszczenia z fontanną:)
Impra skończyła się podobno o 6 rano co ma się stać zwyczajową porą zakańczania imprez w sfini (jestem tylko ciekaw dlaczego- dla mnie ten lokal zawsze był nie do przebicia jeśli chodzi o czas trwania imprez, prawie do ostatniego klienta:))
Czyli podsumowując – miło spędzony wieczór, ale dużo to sobie nie poskakałem;)


Mario "Motherfucker:)"

Mario

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team