login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2003-05-16 GGOG: "Maratończyk" - jeden obraz, dwa spojrzenia cz.1

W życiu każdego imprezowicza zdarza się co pewien czas zaliczyć maraton imprezowy, obejmujący kilka dni pod rząd, kilka imprez i klubów. Naszym ostatnim takim 'wypadkiem' okazał się majowy weekend i to nie, jak można by przypuszczać długi weekend, a środek miesiąca 15-17 maj.

Czwartek. GGOG.
Z okazji zawitania w kraju i obronienia doktoratu kolegi-DJa - Kropy - zostało zaaranżowane małe spotkanie znajomych, w zamierzeniu w atmosferze stricte pubowej, a w wyniku całkiem udanej imprezki. Informacja o wydarzeniu obiegła krąg "przyjaciół i znajomych królika" i została nieco wsparta informacją na forum DSa, dzięki czemu na miejscu znalazły się same znajome mordki.
Nasza ekipa dotarła na miejsce w dwóch częściach, jedna przywędrowała z domu, a druga z niezaplanowanego beforka, którego stałem się gospodarzem. O 20:30 klub zionął pustkami, barman dopiero wyciągał z szaf i szafeczek trunki, a sprawcy całego zajścia nie było na miejscu. Sącząc złocisty płyn i tocząc wesołe rozmowy oczekiwaliśmy na przybycie ludków, którzy zapewne z racji środka tygodnia, zaczęli pojawiać się dopiero po 21. W międzyczasie pojawił się DJ Atan i rozpoczął żonglerkę transowymi płytami CD.
Pojawienie się Kropy wyrwało nas z kanapy i pogoniło w jego stronę aby złożyć należyte mu gratulacje i przywitać po długiej nieobecności (Kropa dostał staż na Niemieckiej uczelni). Niebawem po jego przybyciu pojawiła się silna Gdyńska ekipa "ziomali" z rękoma pełnymi prezentów, z czego największym zainteresowaniem cieszył się zestaw świerzych miksów ...... porzeczkowych :) Starannie zapakowany w butelki po spirytusie prezent został rozdany gościom, których gusta smakowe i gardła zostały dawno przyzwyczajone do tego typu "jakości". Bardziej wybredni skierowali swe kroki ku barmanowi Tomkowi, by ten uraczył ich markowymi produktami. Pubowa atmosfera gęstniała wypełniając się przybywającymi osobnikami, gwarem rozmów i śmiechem, zmierzała ku nieuniknionej imprezie. Silniki czarnych decków zostały uruchomione, a Marchewa zamienił się w DJa IMP i zaczął serwować nagrania z jeszcze ciepłych od toczenia płyt.
Wcześniejsze zapewnienia mówiły o tym, że Kropa stanie za deckami, więc zniecierpliwiona gawiedź gromkimi nawołaniami nakłoniła go do tego czynu. Wszyscy obecni w klubie wiedzieli czego się spodziewać i nie zawiedli się. Cieżkie, techstepowe brzmienia wylały się z głośników i zaczęły ściągać ludków na parkiet. Pojawili się pierwszy tancerze, potem kolejni, aż parkiet zaczął przypominać piątkowe czy sobotnie imprezki.
Z racji wczesnej przymusowej pobudki dnia następnego w okolicach 23:30 pomachałem pozostałej, całkiem pokaźnej gromadce, rączką i udałem się na odpoczynek, by o wczesnym poranku (ok.5) spotkać Deforma i Gralaque wychodzących jako ostatni z GGOG. Grubo!

Piątek. GGOG.
Pierwsza piątkowa impreza w GGOG gdyńskiej ekipy transowej Stropharia Cubensis Community była okazją, by chociaż na chwilę pojawić się w klubie, mimo nieprzespanej ostatniej nocy i mając w planach sobotnią imprezę drum'n'bassową w Sfinksie. Spokojny beforek stroniący od procentów, których uboczne działanie po czwartkowym spotkaniu dawało się we znaki, rozpoczął wieczór, od którego nie spodziewałem się niczego specjalnego.
[dygresja] Czy zauważyłeś pewną zależność, ze gdy nastawiasz się na super bibę to ona wypada średnio lub słabo, a gdy się tego nie spodziewasz zostaje ona zaliczona do tych, które warto pamiętać? [/dygresja]
Moje zaskoczenie rozpoczęło się od momentu odwiedzenia parkietu. Całkowicie odmieniony wystrój wnętrza za sprawą tylko 5 malowideł GrandAsi tworzył bardzo ciekawą atmosferę. 2 azteckie zielone totemy obejmowały swym wzrokiem DJkę, nad którą zawisł olbrzymi bóg o głowie orła. Po prawej stronie tuż przy wejsciu zawisło najmłodsze dzieło Asi (ukończone raptem dzień wcześniej) i najbardziej technicznie wyrafinowane ukazujące olbrzymi meteor (lawę?), stygnącą niebiesko skorupę, pękającą od wewnętrznego czerwonego żaru. Między tymi obrazami tańczyły same znajome twarzyczki promeniujące uśmiechem i energią tańca. No i muzyka! Jakże odmienna od tej, do której przyzwyczaiły mnie imprezy Togi. Nawet Atan rozpoczynający imprezę zagrał w klimacie niezwykle dopasowanym do tego, jaki później generowali Nanek i Elf. Szamańskie brzmienia i monotonny bit wypełniony nieskończenie powtarzalnymi frazami ewoluował, przyspieszał, zapadał w pamięć, wplatał się w myśli, porządkował je i nadawał własnego tempa. Mistyczne doznania wśród patrzących ze wsząd bogów, chcących wyrwać się z zatrzymanej obrazem chwili i przyłączyć się do tajemnego obrządku w świątyni GGOG...
W czasie wędrówki między parkietem a chilloutem, również wypełnionym ciekawymi, aczkolwiek nie interesującymi mnie dźwiękami, spotkałem ekipę znajomych z Warszawy. Wesołe nasze rozmowy zostały w pewnym momencie przerwane muzyką, która ciągle zmieniała się i przyspieszała, aż w końcu nie wytrzymaliśmy i przenieśliśmy się na parkiet. Tam też, przy wtórze bębniacego Dara, zostałem, wsiąkłem i nie chciałem stamtąd wyjść o umówionej wcześniej z ekipą godzinie. Tańczyłem, a parkiet wypełniony odpowiednią ilością ludków, tak iż każdy miał miejsce dla siebie, drgał spójnie w rytm muzyki. Stanowiliśmy jedność.
Gdzieś w okolicach 6 rano nagle muzyka ucichła. Elf ogłosił koniec grania - "Mamy jeszcze dwa wesela do zagrania dzisiaj" rzekł. Konsternacja wśród imprezowiczy spragnionych więcej. Dlaczego już koniec?. Na szczęście pojawił się Atan i stanąwszy za deckami poprowadził imprezę, która trwała do 9 rano. Nie doświadczyłem tego jednak osobiście, gdyż po zapowiedzi Elfa udałem się na spoczynek by zregenerować siły na wieczorne hasanie.

Chlodny

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team