login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2003-12-13 dee2 - Siegen (DE): Noiz Emitters na obczyźnie

O tym, że w piątek jadę do Siegen na imprezę dowiedziałem się w czwartek wieczorem. No cóż, do pracy i po pracy do samochodu. Pierwsze baty spalone na jakiejś prowincji pod Mac$, browary powoli leją się strumieniem. Gdzieś między pierwszą a drugą mijamy granicę i znowu zapadam w sen. Na miejsce dojechaliśmy chyba koło 9 rano, ale głowy nie dam bo trochę nieprzytomni byliśmy, nawet nasz kierowca Młody przysypiał podczas drogi. Dr. rehabilitowany Kroppe odebrał nas z centrum miasteczka i popilotował do akademika. Szybkie śniadanko, jeszcze szybszy bacik i niektórzy popadali na pysk. A ja radośnie udałem się na dworzec kolejowy i wsiadłem do pociągu udającego się do Kolonii. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wysiadł na złej stacji:>. Anyway, pobyt w Kolonii milutki, zadowolony i z pełnym brzuszkiem wróciłem do Siegen w tłoku gorszym niż tramwajem pod stocznię w godzinach szczytu - jakieś Wajnacht-coś tam było.

Po powrocie do Siegen na dwa rzuty udaliśmy się do klubu Dee2, gdzie miała odbywać się impreza z podtytułem "rather hard kind of drumandbass" - pewnie celem ostrzeżenia przyzwyczajonych do sofciarskich dźwięków miejscowych Niemców i zagramanicznych studentów. Wnętrze klubu fajniutkie i milutkie - atmosfera starych Fortów, GGOG i Mojave wymieszana w jeden, całkiem zajebisty klub. Sala kominkowa z działającym, opalanym drewnem kominkiem, sofy i fotele, jakieś metalowe rury, schodki, DJka za zamykaną kratą na podniesieniu i świetne, doprawdy świetne nagłośnienie. Na powitanie zostaliśmy poinformowani, że w barze mamy open account i możemy łoić do bólu. Skończyło się to ciężkim zgonem naszego doktora na obczyźnie:). Ale to dopiero po tym jak zaczął grać, bo to Kropa z chirurgiczną precyzją rozpoczął zabawę. Ciężkie brzmienia ilustrowane świetnymi projekcjami Mlodego VJa, który żeby w ogóle uruchomić wizualizacje musiał po części rozbebeszyć miejscowego kompa, powoli zaczęły poruszać wolno zbierających się ludzi. A schodzili się powoli, lecz nieustępliwie, początkowo zachowywali się jak w kinie spijając browary (takie se te miejscowe browary swoją drogą) i oglądając wyświetlane obrazki, wśród których miłym akcentem było nawet przewijające się logo miejscowego uniwersytetu. Co jakiś czas wzbogacałem seans napisami w stylu "don't be shy", czy "move your ass". We w tak zwanym międzyczasie spijając żubrówkę i browce niektórzy z nas zapadli w nastrój siadalny/niewstawalny, ale z galeryjki, gdzie podstępnie okupywaliśmy sofę i fotel widzieliśmy wszystkie tyłeczki, które ruszały się na parkiecie - nie było tak źle jak myślałem; było na czym wzrok zawiesić:).

Po Kropie za deckami zastał Deform, któren to wcześniej spał ze dwie godziny na kanapie. Nieświeży, lecz wypoczęty podkręcił tempo tymi swoimi rollerami, czy jak to się nazywa a na parkiecie był już spory tłumek rozentuzjazmowanej młodzieży zarówno młodszej jak i starszej. Grał długo, ale ja i tak rachubę czasu straciłem:). Imp, który dopiero miał grać, z regularnością godną SKMki w godzinach szczytu popitalał do baru demolując zapasy alkoholu w barze. Widząc proporocje jakie sobie laliśmy, Niemcy oddali nam do dyspozycji narzędzia w postaci flaszek, kubków i napojów - no, ale to raczej naród spożywaczy piwa niż cięższego alku. Zmiksowane WWO zrobiło furorę w naszym małym gronie, aczkolwiek reszta chyba niewiele rozumiała:).

Co jakiś czas odpalana była maszyna do dymu. I było to niezłe, bo faktycznie było ciężko się przez tą zasłonę przebić nie tylko wzrokiem. Ludki tańcowały, czas płynął, to i zmiana za deckami ponownie nastąpiła - Imć Pan Imp zaczął grać. Skocznie, a jakże, co jakiś czas z parkietu dobiegały okrzyki i pohukiwania, generalnie dobry nastrój tu panował. Klimat był świetny, ludzie otwarci, zero pozerki czy agresji - czuć było lekkość miejsca; zabawa bez zobowiązań, bez ans, bez uraz. O 6 rano trzeba było powoli kończyć, ostatni numer został zagrany na prośbę najwytrwalszych fanów - Zakrentka i akompaniujący jej Imp zapodali last dance i powoli trzeba było się zbierać. Zmęczeni, ale w świetnych nastrojach wyszliśmy na dwór, a tam... strugi deszczu. Padało właściwie nieprzerwanie od naszego przyjazdu aż do wyjazdu - szkoda, bo miasto bardzo ładne, aż chciało się spacerować. No nic, może innym razem poznamy resztę uroków tego miejsca. Padnięci poszliśmy spać i tak od ok. 12 zaczęliśmy się wywlekać ze śpiworów. Zanim się zorganizowaliśmy była już 16, obiad, oj obfity był, w Bambusowej Knajpie i jakoś zapakowaliśmy się do wozu. Wyruszyli my. I co z tego, że benzyna się skończyła na autostradzie pod granicą, co z tego, że do fabryki spóźniłem się półtorej godziny, co z tego że lamer Imp skasował większość zdjęć z aparatu, skoro zabawa była przednia. Dziękujemy Siegen! (Przez miejsce o wielkości połowy GGOG przewinęło się tej nocy ok. 200 osób).

Michael

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team