login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2005-08-05 Nad Wisłą - Płock: FeMEV - Festiwal Muzyki Elektronicznej & Vizualizacji

(wszystkie poniższe zdania są naznaczone subiektywizmem autora)


W roku 2005, w miejsce Astigmatica, na płockiej plaży (a także w paru innych miejscach miasta) "pojawił się" FeMEV. W odróżnieniu od swego poprzednika (który za "swoje" miejsce obrał w tym samym czasie Gdynię) płocki festiwal proponował bardziej jednolity line-up, w dużej mierze oscylujący wokół c&c, micro, trochę bardziej eksperymentalnych dźwięków, ale mimo wszystko dość zróżnicowany. Prócz muzyki, miał być też festiwalem wizualizacji, obrazu, teatru. W związku z tym obecność sporej ilości VJów, kilku niezależnych teatrów etc.



dzień I


W okolicach sceny znalazłem się około 20:00. Przedtem trzeba było dopełnić formalności związanych z akredytacją i odnaleźć znajomych (najważniejszy w tym wszystkim był identyfikator umożliwiający wejście do namiotu VIPów -sic!). Echa Astrobotni dobiegały mnie zatem z Rynku, a bezpośrednio z plaży mogłem doświadczyć dopiero Mambotour. Jak się okazało, z line-upu wypadł Soulphiction (niemiła niespodzianka), a jego miejsce wypełnili po połowie Mambotour i Legowelt. Sama scena usytuowana była (inaczej niż rok prędzej) na plaży, w pewnej odległości od niej znajdował się namiot reżyserki dźwięku. Między 20:00 a 23:00 moje uszy uświadczyły sporej ilości tech-house'ów, italo, disco (ale nie bardzo digital), miejscami elektro. Z wszystkich trzech (Mambotour, Legowelt, Bangkok Impact) najlepsze wrażenie zrobił na mnie ten ostatni, Mambotour był bezpłciowy, a Legovelt - słaby technicznie. Następnie radykalna zmiana stylistyki - na scenie jedna z gwiazd festiwalu - Luke Vibert. 2h niezwykłego technicznie, najeżonego niespodziankami setu. Począwszy od atmosferycznego deep techno, przez IDM, noiz, acidy czy mniej lub bardziej połamane (jungle'owo czy nawet drill&bassowo) dźwięki. Muzycznie mnie nie porwał (jedynie momentami), natomiast do teraz jestem pod wrażeniem techniki i sposobu gry Viberta. Zagrał eksperymentalnie, bardzo zmiennie, zapowiedź - One Laptop Dj - w pełni oddaje cyfrowy i techniczny posmak jego setu. Dodatkowo uzupełniały go bardzo dobre wizualizacje. Miła odmiana po nużącym muzycznie italo "doprawionym" więcej niż przeciętnym obrazem VJskim (VJ Azz). Egoexpress docierał do mych uszu w namiocie VIPów (położonym na lewym skraju plaży). W związku z tym, że nie bardzo kojarzę jakiekolwiek dźwięki, wnioskuję, że nie była to (dla mnie) interesująca pozycja (przynajmniej na tyle, by wyjść z namiotu). Większość obecnych ulotniła się stamtąd w okolicach 2:00. Wtedy bowiem zaczął live Antonelli Electr. Jeden z moich faworytów całego festiwalu. Aksamitne, eleganckie i niezwykle dopieszczone brzmienia zawładnęły moją wyobraźnią (i całą płocką plażą) na blisko godzinę. Live odmienny od jego ostatniej płyty, kruchej "Love and other solutions", dużo bardziej "festiwalowy", mocniejszy i bardziej monotonny. Po Antonellim na 2h sceną zawładnął M. Schaffhauser. Również duży plus za set: był atmosferyczny, dość minimalny, odmienny od release'ów Ware'a (labela Schaffhausera), ale wyczuwało się podobny styl. Dodatkowo - Matthias jest DJem "totalnym", bardzo fizycznie, "ruchowo" podchodzi do gry. Nie wiem, czy jego jednocześnie energiczne i eleganckie ruchy rękoma nie stanowiły lepszej wizualizacji niż te właściwe. Na pewno porwał tym publikę. Drugą część jego setu spędziłem na zboczu, trawiastej skarpie znajdującej się zaraz za ogrodzeniem festiwalowym, a poniżej której zlokalizowany był ciąg gastronomików. Tę opcję (ze względu na zakaz posiadania alkoholu na plaży oraz lepsze warunki "siedzeniowe") wybrało też dość sporo osób. Na tym zakończył się mój pierwszy dzień festiwalu. Od znajomych wiem, że na afterze (pod namiotem) godni uwagi: P.Toile i Duplex 100, nie wspominając już o jedynym muzycznym akcencie Trójmiasta - live Deckarda. Długa obecność na skarpie rodziła ryzyko organicznych wizualizacji podczas gry. Na całe szczęście, wg mojej wiedzy , do tego nie doszło.


dzień II


Drugi dzień zaczął się (przynajmniej dla mnie) dosyć wcześnie i niemuzycznie. W ramach panelu z kulturą japońską Miho Iwata prezentowała próbę teatru Butoh (japoński awangardowy teatr śmierci). Drobna Japonka odziana w białą koszulę i jeansy, "tańcząca" z roślinami obecnymi na sali, przetaczająca się przez zasłony i scenę, z minuty na minutę zmieniająca się z rodzącego się dziecka w umierające ciało, z ciszy w szelest czy zgrzyt/glitch, ewokująca w sobie i w widzach pierwotne, czyste uczucia i stany. Jej grze cały czas towarzyszył i jednocześnie ją inspirował instrumentalista używający wody, naczyń kuchennych, bębnów, smyczka etc. Do tego gra światłem i cieniem. Przedstawienie dobre, niestety technicznie źle rozwiązane (sala nie przystosowana do tego konkretnego performance'u). Zaraz po nim (już teraz muzycznie), drugi z moich faworytów - Jan Jelinek. Godzinny live act dostarczył niespodziewanych estetycznie doznań. Jelinek zagrał bardzo noizowo, wielokrotnie przesterowywał i miażdżył dźwięk, znane kompozycje nabierały nowych kolorów. Mistrz. Nie tylko zresztą on dawał jeszcze przed festiwalem nadzieję, że sobotni line-up to będzie muzyczny lot na wysokościach. Po Jelinku "babcia" Ilar, śmieszny, ciepły i "misiowaty" Anders zaprezentował minimalistyczne, skandynawsko chłodne deep techno. Muzyka dobra, acz bez zachwytów. Sporo uznania za live dla Apparata - nie tylko muzycznie świetnie. Live w jego wykonaniu, mimo filigranowych miejscami brzmień, cały czas utrzymywał i rozgrzewał do czerwoności. Set Jeffa Milligana dobiegał do mnie na skarpie, jak się później dowiedziałem, "tylko" z dwu decków ( używa 3 i laptopa). Technicznie perfekcyjnie - muzycznie - trzeszczące, minimalne techno, pełne cyfrowych brudów łechczących podniebienie. Miło go było słuchać - wywoływał ruch kolan w okolicy kolan. Niestety zawiodła oprawa wizualna. Dużo sobie obiecywałem po legendzie VJki - Exceeda - ale równie mocno się zawiodłem. Ktoś zauważył, że chyba byli odpowiedzialni za programowanie wszystkich wygaszaczy Winampa, gdyż niczym się to właściwie nie różniło. Przerwa, w trakcie której przygotowywano scenę i rozkładano sprzęt dla drugiej gwiazdy festiwalu - Karla Bartosa, byłego członka Kraftwerk. Bartos zaczął słabo - do bólu proste, stare elektro. Z czasem było jednak lepiej - zaserwował klasyki z The Man-Machine czy Trans Europe Express, poza tym sporo discoidalnych dźwięków - nieodparte skojarzenie z projektem Data 80 Hakana Lidbo (w tym wypadku nie wiadomo właściwie, kogo do kogo porównywać). Poza przedłużającymi się przerwami przed i po występie Bartosa, nie do końca chyba był on wpasowany w line-up; Milligan i Pantytec to "jedna bajka", jakże odmienna od Bartosa. Wspomniany Pantytec (Sammy Dee & Zip) zaczął blisko godzinę później. Praktycznie Pony Slaystation, ale znalazło się także kilka innych kawałków. Mnie ich muzyka hipnotyzuje, uwielbiam te wszystkie drobiny, szczegóły nałożone na ultragłęboki bass i beat, ale fakt faktem, że zagrali tylko dobrze, bez żadnej euforii. Dość nieciekawa zmiana z Brikhą (gdy Pantytec kończył, Brikha sprawdzał działanie swojego sprzętu - kłopot w tym, że był "wpuszczony" na główne nagłośnienie). Mnie osobiście "nie zrobił". Miałem w ustach posmak komercyjnego, prostego grania. Ale z drugiej strony wiem, że znajomi byli pod jego wrażeniem. Natomiast bezapelacyjnie wygrywa na tych dwu live'ach strona wizualizacyjna. Peter Rubin, weteran scen video, przywiązany do taśmy analogowej jak dje do winyla - zaczarował Matissem, erotycznymi fantazmatami i krótkimi sekwencjami afrykańskich tańców. Sieg Uber Die Sonne znudził - liczyłem na fragmenty z Chilijskim wokalistą, dostałem kilka zgrabnie skrojonych, lekko Perlonowych techhouse'ów (jedynie jakiś nr z wokalem "o miłości" mile mnie połechtał - ale to osobista słabość). Nie miałem ochoty na Holdena, progressiwy to nie jest szczyt muzycznych marzeń. Potem dowiedziałem się, że nie postarał się specjalnie, zagrał z cd, dopiero końcówka setu była bardziej ciekawa, wszedł na ciekawsze rejony. After (do którego nie dotrwałem) zapowiadał się dobrze. Jak było? - żuling pełną gębą. Slg w szczytowym momencie setu chciał "porwać" publikę ścianą dźwięku, przygotowywał, przygotowywał (gestykulacją)... i ... odpalił z laptopa ciszę. Sammy Dee trzymał poziom, jak zwykle. Chłopaki z 3 Channels zaprezentowali się całkiem ciekawie, odmiennie od dominującego w namiocie micro-deep-clicku, pojawiło się trochę bardziej detroitowe brzmienie, więcej barwnych plam i tekstur.


dzień III


Zacząłem od mocnego akcentu. Teatr: Suka-Off, performance: Necrosystem. Ironizując, była to luźna wariacja nt. "Miłości w czasach popkultury" Myslowitz. Mężczyzna w skórzanej masce i z mini kamerą na głowie, najpierw wchodzący w dość agresywną (psychicznie) interakcję z publicznoscią, a następnie wyciągający na scenę z zaplecza worek na ciała z kobietą w środku. Uśmiercił ją, rozebrał, potem ubrał w skórzany kostium i bezwładną podwiesił w fetyszystycznej klatce na łańcuchach. Następnie przyodział ją w białe gumowe rękawiczki, maskę i sztucznego penisa. Rozebrał się, wszedł do klatki i zasłonił czerwoną kotarę. Po jej odsłonięciu role się odwróciły - kobieta stała, a mężczyzna niedługo potem leżał ze skręconym karkiem. Ubrała się w jego ubranie, zamknęła go w tym samym czarnym worku, wyciagnęła na zaplecze. Performance się skończył. Całości towarzyszył wyświetlany ciąg, jakby zmienianych szybko kanałów - reklama porno, uśmiech G.W. Busha, prognoza pogody, zakłócenia. Oprawa muzyczna - C.H. District, czyli polski poszukujący idm-noiz. Zamiast wartościowego przekazu, frapującej awangardy - kolejny przykład sztuki dla sztuki, szoku, bezideowego bełkotu. Najlepiej, najbardziej emocjonalnie wypadł z tego wszystkiego C.H. District. Z nadzieją patrzyłem w przyszłość - line-up muzyczny 3go dnia obfitował w smakowitości. Już na samym początku w klikający-micro sposób rozpoczął Milosh. Nie ukrywam - jeden z najlepszych live'ów całego festiwalu. Nietuzinkowy, zagrany z pasją i inteligencją. Potem dźwiękowe pejzaże pluszu roztoczyli chłopaki z Isan. Podobnie jak set Milosha, również ich live dopełniały wizualizacyjnie promienie przygrzewającego słońca. Jedne z najlepszych momentów całych trzech dni. Team Shadetek, czyli glitch-hop po amerykańsku (biały z prostym daszkiem i skośny z akcentem ragga czarnego). Interesujący przez pierwszy kwadrans, później zwyczajnie nużący, poza tym - słabo zagrany (ciągły rewind w przejściach). Dodatkowo, niewiele w dalszej części się to różniło od komercyjnych, słabych wersji komercyjnego hip hopu czy dancehallu (zupełnie inaczej niż na ich płycie). Mole to również niemiłe zaskoczenie. Wydający dla Revolvera, Musique Risquee czy Philpota - tego wieczoru był zwyczajnie bezpłciowy, nijaki. Nie były to brzmienia czy aranże, których można by się spodziewać po w/w labelach. Kolejna gwiazda - Funkstorung - spełniła pokładane nadzieje (niestety dane mi było doświadczyć ostatnich chwil live'u). Straszna ilość energii, emocje, do tego sporo eksperymentu i zabawy z dzwiękiem - po prostu muzyczna uczta. Przy tym świetne wizualizacje, za które tego wieczoru odpowiedzialni byli Lomography VJs. Fenin mnie znudził, zbyt jednostajne, teutońskie dźwięki zaoferował tego dnia. Jednak osłodą był następny, ostatni live. Stefan Schwander, tym razem jako Rocket In Dub. O ile piątkowy live był bardziej "ciemnoróżowy", tak tym razem Stefan podał pełną paletę barw z dominującym ciepłym (paradoksalnie) niebieskim. Skąpane w dubowym sosie, z mocną, acz nienachalną pulscacją, fotografie lomo, czy też może raczej aksamitne dźwięki dopełnione zwielokrotnionym urywkiem chwili - fotografią. Rozpłynąłem się. Festiwal się skończył.



organizacja


Niestety, polskim zwyczajem, kwestie organizacyjne i "ludzkie", miejscami dość poważnie utrudniały pełne korzystanie z audiowizualnych atrakcji. Spora ilość ochrony przy swoim niezbyt zręcznym zachowaniu - nie pomagała. Ciągłe kontrole, kuriozalne egzekwowanie zakazu wnoszenia alkoholu czy innych używek (brak zgody na wniesienie flakonu perfum i jednoczesne wpuszczanie psów), także dość nieprzyjemne podejście części ochrony do uczestników festiwalu nie można zaliczyć na plus. Paranoiczne zachowania trzeba niestety w dużej części zrzucić na karb "polactwa" - w końcu to nie Ameryka (jeszcze). Wpuszczanie na teren festiwalu 3. dnia dopiero po 20 min. gry Milosha (wcześniej udostępnione było tylko wyjście ewakuacyjne) pominę milczeniem. Nie bardzo rozumiem decyzję organizatorów, by między kolejnymi dniami robić aż taką dużą muzyczną przerwę - dla wielu wypełnienie godzin południowych grą djską byłoby b. miłym akcentem, dodatkiem do rozpoczynającego się nowego dnia.
Nie ma też co komentować płatnych napojów i ich śmiesznie małego wyboru w namiocie VIPów - za parę tys. złotych warto jednak następnym razem zadbać o taki "szczegół" psujący smak. Ochrona reagowała róznie, pochwalić ją trzeba jednak zdecydowanie za sprawdzenie się w bardziej "gorących" momentach. Dwie lub trzy sytuacje, sprowokowane (jak zwykle) przez miejscowy koloryt autochtoniczny zostały każdorazowo dość szybko schłodzone. Wymagałbym też większego profesjonalizmu od osób odpowiedzialnych za nagłośnienie - przy tej skali, randze imprezy należy umożliwić uczestnikom możliwie ciagły, niezakłócony odbiór (niedopuszczalne są sytuacje Pantytec->Brikha czy blisko 40 min. przerwa przed i po występie Bartosa). W końcu od tego jest reżyserka dźwięku. Poza tymi ewidentnymi brakami - ogólna ocena wypada raczej na plus.




podsumowanie


Dość niezwykłe 3 dni, obfitujące w (z reguły) bardziej niż mniej smakowite muzycznie kąski. Pod kątem wizualizacji i całej oprawy teatralnej - jeszcze wiele jest do zrobienia. Poziom wizualizacji był b. słaby, teatrów było zaledwie kilka, do tego jakby wyrwane z kontekstu i nienajlepsze, także Festiwalem Vizualizacji był FeMEV tylko z nazwy. Jeśli chodzi o frekwencję: kilka tys. osób każdego dnia; pierwszy dzień to spory odsetek ludności miejscowej, w dniach następnych procentowo więcej entuzjastów muzycznych (dało się zauważyć duży udział miejscowych w szczytowych momentach każdego dnia). Poza paroma incydentami - generalnie było bezpiecznie i spokojnie. Moi muzyczni faworyci: Antonelli Electr./Rocket In Dub, Jan Jelinek, Milosh, Isan. Zdecydowanie najlepiej ostatniego dnia, drugi dość dobry, pierwszy - nużący. Wizualizacyjnie: Peter Rubin i Lomography VJs - reszta... n.c. Nie za wiele mogę powiedzieć o teatrach, bo ich prawie nie było, zupełnie nie wiem, jak wypadła scena bębniarska (to był chyba zupełnie osobny świat w ramach festiwalu).
Ważne, strasznie łechczące zmysły wydarzenie - udało się.
Do zobaczenia za rok, mam nadzieję, że z mojej strony w bardziej aktywnej niż tylko obserwatora, roli :>




greetz & shouts:

Artur, Kasia, Ania :*, Deck i reszta site.rec (Pu, Ars, Adubter etc.), ekipa Comicstore'ów (Alcay, Arti i in.), Ola, Arek + NRD kru, Milosh & Skank & Elena, Kosaa, 105L, wszyscy inni, których spotkałem, poznałem etc., a o których pamiętam (lub nie :P)


Krzysztof.Esmonitesso

Esmonitesso

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team