login: hasło:
Nie masz konta ? Załóż je!

Relacje z imprez

2009-04-18 Sfinks: DUB PISTOLS w Sfinksie

Sobotni koncert brytyjskiej formacji DUB PISTOLS na długo zapadnie w pamięć wielu imprezowiczom, którzy mieli tę przyjemność zgubić się w Trójmieście i trafić tego wieczoru do SFINKSA.

Wraz z kolegami dotarliśmy do klubu około godziny 21:45, od razu doznając dużego zaskoczenia, ponieważ spodziewaliśmy się gigantycznych kolejek. Ku naszemu zaskoczeniu klub był pusty [wpuszczali od 22] a przed wejściem stały 3(!) osoby, w tym fotograf. Stojąc na silnym wietrze oczekiwaliśmy na otwarcie klubu.

Drzwi klubu otworzyły się punktualnie o godzinie 22. Ku naszej uciesze byliśmy pierwszymi wchodzącymi do klubu [ja osobiście byłem 4, na pierwszy ogień wysłaliśmy fotografa]. Po wejściu do klubu kibelek, tradycyjne piwko i oczekiwanie na ludzi. Dość długie, ale warto było. SFINKS przez 2 godziny powoli acz regularnie wypełniał się po brzegi, dzięki czemu w okolicach godziny 24 można było zacząć show.

Jakieś 20 minut przed koncertem przebijałem się już w kierunku sceny, aby być jak najbliżej. Pod sceną spotkałem znajomego fotografa [he made it], który pokazywał mi co ciekawsze fotki. Krótko przed koncertem wyskoczyłem po piwko do baru, gdzie spotkałem Barry’ego Ashwortha. Z trudem wróciłem pod scenę gdzie postawiłem moje piwo i tyle je widziałem

Kilkanaście minut później - zaczyna się. Muzycy powoli wchodzą na scenę, w klubie panuje coraz gorętsza atmosfera.

Nagle wszystko zaczyna być jasne. Takie kawałki jak "Unique Freak","Cyclone", "Towerblock Trash" czy "Westway" z ich pierwszej płyty "Point Blank" porywają publikę, która sprawia wrażenie, jakby chciała zabić tę sobotnią noc. Saturday Night Live jakby nie patrzeć.

Potem trochę spokojniej, kilka melodyjnych kawałków z najnowszej płyty "RUM AND COKE", której premiera jest zaplanowana na 18 maja.

W pewnym momencie... Gaśnie światło. Problemy z prądem pojawiają się ponownie, pierwszy raz można było je zaobserwować jeszcze, gdy w klubie prawie w ogóle nie było ludzi. Na szczęście wszystko szybko wraca do normy. Koncert trwa dalej w doskonałym klimacie.

Moją uwagę zwrócił pewien wesoły, około czterdziestoletni francuz w czerwonej, flanelowej koszuli. Warto dodać, że była rozpięta, przez co wspomniany wesoły francuz prezentował swoje obwite owłosienie. Uwodził kobiety, pił na umór, sam skręcał sobie papierosy [z różnym powodzeniem]. Coś jak Gary Cooper - "strong, silent type". Co chwila krzyczał do mnie skrzywionym angielskim "I NEED POLISH", "I NEED >>DRAGS<<" "MONEY IS NOT A PROBLEM". Mówię do niego, że to Polska i tak po prostu nie zdobędzie narkotyków. Nic go to nie obchodziło, zaraz po koncercie pytał każdego napotkanego osobnika epitetami w stylu "EXTASY", "AMPHETAMINE, COCAINE". Niestrudzony imprezowicz ze słonecznej Francji Sarkozy'ego wyglądał, jakby zatrzymał się w latach 70' ubiegłego wieku. Rozpięta flanela, kolczyki w uszach, ciemne okulary i ten szaleńczy błysk w oku oraz kropla na skroni niczym Pikachu w Pokemonach. Wyglądał, jakby miał na karku minimum 6 aplikantów komorniczych, ale nic go to nie obchodziło. Dalej uwodził kobiety, pił i szalał.

Koncert trwał około 2h, lokal opuściliśmy po 4, nadal dość wypełniony ludźmi.

Ogólne wrażenia - 5+/6. Byłoby 6, gdyby nie wjazd za 50zł. Taka klasa artysty, szkoda, że w Polsce trochę dużo.

rudy

Powrót do relacji
Hosting, Polityka prywatności, Współpraca, Reklama © 1999-2020 DrugStore Team